Adam

Udostępnij

Wstał wcześniej niż zwykle. Tego dnia miał ważne spotkanie, więc chciał się do niego odpowiednio przygotować, a przede wszystkim perfekcyjnie wyglądać. I choć stał przed lustrem od piętnastu minut i wciąż poprawiał nienaganną fryzurę, prezentował się równie idealnie jak wczoraj i przedwczoraj. Jak każdego dnia. 

Dziś jednak z wyjątkowym zadowoleniem przyglądał się swojemu odbiciu. Z tafli lustra spoglądał na niego przystojny czterdziestolatek z delikatną siwizną na skroniach, wysoki, w białej, odprasowanej po szyję koszuli, spod mankietu której przy każdym drobnym geście połyskiwał drogi zegarek. Bardzo drogi. Właściwie o wiele droższy niż ten, na który mógł sobie pozwolić, ale cóż mógł poradzić na to, że kochał otaczać się markowymi przedmiotami i wydawać majątek na to, co cieszy oko? Stwarzane co dnia pozory dawały mu poczucie bezpieczeństwa, choć wiedział, że to to tylko bańka mydlana, która w każdej chwili może pęknąć. 

Kiedy przyglądał się swojej twarzy, ćwicząc przy tym wcześniej przygotowane na rozmowę z klientem kwestie, w kieszeni jego marynarki zawibrował telefon. 

To pewnie mama. Od czasu, kiedy zmarł ojciec, stale do niego dzwoniła. Kompletnie nie potrafiła poradzić sobie z tą, największą w jej życiu, stratą. A on? Czy pogodził się z jego śmiercią? Nawet nie było mu przykro. No, może i trochę było, ale nie przyznawał się do tego nawet przed samym sobą. Tak czy siak, nie miał teraz czasu na wysłuchiwanie jej pretensji. Później oddzwoni. 

Spotkanie poszło gładko. Umowa podpisana, szykuje się niezła premia. Kumple znowu będą mu zazdrościć. Może nawet zabierze rodzinę na jakieś wakacje? Chociaż nie, wolałby nowe auto. Koniecznie takie, którym będzie mógł się pochwalić. Wakacje następnym razem. 

Klient opuścił biuro, a on z ogromną satysfakcją zbierał ze stołu dokumenty, wśród których zawieruszył się jego telefon. Nawet przeszło mu myśl, żeby oddzwonić, jednak szybko wsunął smartfona do kieszeni, kiedy tylko zauważył na wyświetlaczu kolejne trzy nieodebrane połączenia. Nie, może później. Nie będzie sobie teraz psuł humoru jej wyrzutami. 

W zasadzie nie była taka zła. Tylko stara i… nudna. Była jedyną osobą, której nie imponował jego portfel i zabawki, i właśnie to go najbardziej drażniło. Wszystko, czemu się poświęcił i czym na co dzień się otaczał, było dla niej niczym, nie stanowiło żadnej wartości, choć odkąd skończył 18 lat, niemal wypruwał sobie flaki, żeby zapomnieć o biedzie. O zagraconym mieszkaniu rodziców, pachnącym upranymi zasłonkami i równocześnie trącącym starością tych wszystkich gratów, gromadzonych przez lata dla przyszłych pokoleń. 

Rozmowy z nią były dla niego trudne i, w gruncie rzeczy, niewygodne. Jak mu się układa z Justyną? Co u dzieci? Jak uczy się Staś? Czy był ostatnio na szczepieniu? I czy Paulinka zdrowa? I wreszcie – kiedy ją odwiedzą? 

Może nie widział, jak jego dzieci stawiają pierwsze kroki, może i nie chodzi na wywiadówki, nie wie, ile szczepień mają już za sobą, ale, do cholery, ciężko pracuje cały ten czas! Dba o to, żeby niczego im nie zabrakło i żeby jego dzieci, w przeciwieństwie do niego, mogły jeździć na wszystkie szkolne wycieczki, brać korepetycje i uczestniczyć w lekcjach baletu, malarstwa czy czego tam sobie zapragną! 

Wyrzuty sumienia zagłuszył lunchem z Marcinem. Ostatnio zauważył, że ten unikał jego towarzystwa, co było dla niego prawdziwym ciosem. Wychowali się na jednym podwórku, spędzili nawet kilkanaście lat razem w szkolnej ławce, by potem równocześnie zacząć pracę w tej samej firmie. Marcin jednak przez te wszystkie lata niezbyt angażował się w pracę. 8:00-16:00 i pędził do domu. Biegał z żoną na kolacje po tanich knajpach, a po kilku latach z dziećmi po hipermarketach i parkach, podczas gdy on do późna nie opuszczał biura. Nie raz słyszał, jak tamten rozmawiał z koleżankami z działu o kaszkach, pampersach i katarach. W takich chwilach uświadamiał sobie, że choć od kilku lat jest ojcem, nie ma zielonego pojęcia o czym oni, do diabła, dyskutują. Trudno, będzie miał więcej czasu dla rodziny, jak już odpowiednio dużo odłoży. Wtedy wszystko nadrobią. 

Tym razem Marcin był wyjątkowo mało rozmowny. Nie zauważył nowego zegarka, nie pogratulował podpisanej umowy, nie zachwycił się premią. W pośpiechu zjadł sałatkę i uciekł, zostawiając go samego przy maleńkim stoliku, wciśniętym w róg zatłoczonej sali. Właśnie w tym momencie poczuł się najbardziej samotny na świecie. Odwrócił się od niego i ten, który od zawsze był przy nim. 

Postanowił wrócić wcześniej do domu, choć zazwyczaj nie pojawiał się przed dwudziestą. Pod wpływem impulsu wybiegł z biura w kierunku kwiaciarni z nadzieją, że uda mu się zaskoczyć Justynę. Pech chciał, że w miejscu, gdzie jeszcze niedawno znajdowała się maleńka kwiaciarnia, dziś budował się wieżowiec. Właściwie prace były na ukończeniu. Jak to możliwe? Kiedy ostatnio kupował tu kwiaty? Miał wrażenie, jakby to było wczoraj… 

Zastał ją w salonie, skuloną w fotelu. Ok, nie miał kwiatów, ale na pewno ucieszy ją wiadomość o wypracowanej premii i jego kolejnym zawodowym sukcesie. 

Justyna zmierzyła go zimnym, beznamiętnym spojrzeniem i bez słowa wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi sypialni. Oszołomiony stał pośrodku ich błyszczącego salonu, kiedy po raz kolejny tego dnia zadzwonił telefon.  

Nie teraz, kurwa! – ze złością rzucił smartfona na sofę, trzasnął drzwiami i wyszedł. 

Biegł przed siebie tak długo, aż zabrakło mu tchu. Co zrobił źle? O co im wszystkim chodzi? 

Poczuł w sobie ogromną niemoc i bezsilność. Tak jak przed laty, kiedy chciał coś sobie kupić, ale nie miał pieniędzy. Jak wtedy, kiedy prosił o coś ojca, a ten bezradnie rozkładał ręce i kazał mu zarobić na przyjemności. Biegł wtedy do mamy, która czasami ukradkiem wyciągała parę groszy z portfela, bo nie potrafiła odmówić temu chłopcu o wielkich, niebieskich oczach. 

Na to wspomnienie jego oczy, już nie tak niebieskie, jak te chłopięce, wypełniły się łzami. Usiadł na krawężniku i rozpłakał się jak dziecko.  

Potrzebował zabrnąć aż tak daleko, by zrozumieć, że nie wszystko może kupić? 

Zatęsknił za zapachem upranych firan i starych gratów, za zapachem matczynej miłości, wlewającej się do jego duszy razem z niedzielnym rosołem i ulubionym schabowym… 

Przecież miał do niej oddzwonić! Cały dzień się nie odzywał, a ona pewnie siedzi na tym swoim połamanym krześle pod kuchennym oknem i na niego czeka! Wróci do domu, przedzwoni i pojedzie do niej. Jeszcze dziś! Teraz, zaraz! 

Wbiegł do mieszkania i rzucił się na kanapę, szaleńczo szukając telefonu pomiędzy miękkimi poduszkami. Z przerażeniem zauważył, że ma już 15 nieodebranych połączeń, ale żaden numer nie należał do mamy. Właściwie dzwoniono do niego tylko z jednego numeru… Nie zdążył oddzwonić – uprzedziła go wibracja, zwiastująca nadchodzące połączenie. 

Pan Adam Wiśniewski? Pana matka nie żyje. Listonosz znalazł ją dziś w przedpokoju w jej mieszkaniu. Była martwa od kilku dobrych dni. 

 

2 thoughts on “Adam”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *