Anna

Udostępnij

Ten dzień był tylko odrobinę bardziej słoneczny niż poprzednie. Zaczął się zupełnie zwyczajnie. Spotkali się rano w kuchni, by po kilku wzajemnych czułościach w milczeniu zjeść śniadanie. Zaraz po nim ona zabrała się za sprzątanie, a on udał się do sypialni na przedpołudniową drzemkę. Z głębokiego snu wyrwał go niespodziewanie głuchy łoskot, dochodzący z przedpokoju. Nie zaniepokoiło go to jednak na tyle, by sprawdzić, co się stało, więc tylko przewrócił się na drugi bok, ziewnął i ponownie zasnął.
 

Po kilku godzinach błogiej drzemki postanowił w końcu wstać. Musiało być już po południu, co wnioskował po bezlitośnie zaglądającym przez okno słońcu, bijącym go jasnymi promieniami po zaspanych oczach. Poza tym zgłodniał, a głód jego zdaniem zdecydowanie był jednym z najnieprzyjemniejszych odczuć. Bardziej od głodu nie lubił tylko narzucania mu czyjejś woli.
 

Przeciągnął się więc i ruszył w kierunku kuchni. Nie zaszedł jednak daleko. W przedpokoju zatrzymał się na widok bezwładnej masy, leżącej w poprzek wyłożonej jasnymi płytkami podłogi.
 

Najpierw zauważył jej nienaturalnie wykręconą dłoń, a później nieruchome oczy, wpatrzone gdzieś w przestrzeń. Obszedł ją cichutko dookoła, starając się nie wdepnąć w czerwoną plamę gęstej mazi, na wpół zaschniętej obok jej siwej głowy. Omijał także rozsypane na posadzce grudki ziemi, najprawdopodobniej pochodzące z rozbitej doniczki.
 

Nie wiedział, co powinien zrobić. Co się tu właściwie stało? Czuł narastający z minuty na minutę niepokój i osamotnienie. Usiadł więc naprzeciwko jej twarzy i czekał.
 

Poznali się kilka lat wcześniej za pośrednictwem Adama. To właśnie on po raz pierwszy przyprowadził go do małego mieszkania, tłumacząc, że potrzeba jej przyjaciela, którego obecność w jej zagraconym i zatęchłym świecie pomoże zapobiec pogłębiającemu się uczuciu samotności. Adama nigdy nie lubił. W jego zachowaniu było coś szczególnie drażniącego i fałszywego, co w połączeniu z ostrym, nieprzyjemnym zapachem wody po goleniu stawało się nie do zniesienia. Nie krył tej niechęci, szczególnie, że po wizytach Adama bardzo często płakała, a jemu nie udawało się jej pocieszyć.
 

Początki były trudne. Czuł się obco w nowym otoczeniu, a ona tylko pogarszała sprawę, na siłę starając się o jego przyjaźń i towarzystwo. Zaszywał się wtedy w sypialni, gdzie miał święty spokój. Z czasem jednak zauważył, że tęskni za jej obecnością i choćby wspólnym milczeniem podczas długich, samotnych dni, więc stopniowo zaczął pozwalać jej na budowanie wspólnego życia. Najbardziej pokochał wieczory. Siadali razem na kanapie, ona schowana pod ciepłym kocem, z kubkiem herbaty w dłoni, on tuż obok, przytulony do jej starego, pomarszczonego ciała. Wszystko byłoby wręcz idealnie, gdyby nie regularne wizyty Adama, zakłócające ich porządek i rytuały.
 

Adam był bardzo nerwowy i wiecznie się spieszył. Wpadał do niej jak po ogień, udzielał dobrych rad, pouczał i znikał. Czasami przynosił zakupy. Za każdym razem robiła im herbatę, choć wiedziała, że nie zdążą jej razem wypić, bo Adam wybiegnie z mieszkania jak huragan. Zostawała wtedy sama przy kuchennym stole, naprzeciwko pustego miejsca, z parującą herbatą na wprost siebie. I ze łzami w smutnych oczach. Przychodził wtedy do niej, pocieszał, a ona ciepło uśmiechała się przez łzy. Zawsze po odwiedzinach Adama tłumaczyła mu cierpliwie:
 

Adam jest młody, ma swoje życie, swoją rodzinę. Kocha mnie, tylko ma masę własnych spraw na głowie. Nie ma czasu na picie herbaty ze starą matką!
 

I choć miało to brzmieć lekko i pogodnie, powtarzała te zdania jak mantrę, jakby chciała przekonać samą siebie, ale po każdej wizycie syna po jej twarzy płynęło coraz więcej łez, kapiących rytmicznie na gumową ceratę.
 

Z czasem Adam przestał się pojawiać. Kilkunastominutowe wizyty zastąpił krótkimi kontrolnymi telefonami, po których płakała jeszcze bardziej. W rozmowie z synem zawsze była bardzo dzielna, wyrozumiała, a nawet i uśmiechnięta. Nie, niczego jej nie brakuje, tak, radzi sobie świetnie, ależ oczywiście, doskonale to rozumie, przecież on ma teraz własną rodzinę, wymagającą pracę i masę spraw do załatwienia. Nie ma problemu, spotkają się przy kolejnej okazji, nic się przecież nie stało, niech nie zawraca sobie nią głowy.
 

Te krótkie rozmowy nie pozwalały jej potem długo zasnąć. Czasem, wyczerpana płaczem i smutkiem, zasypiała w salonie na kanapie, a on otulał ją, pilnując by nie zmarzła. Niewiele więcej mógł dla niej wtedy zrobić…
 

A teraz? Co teraz może? Ona wciąż się nie rusza, a przecież siedzi koło niej już trzeci dzień. I nic. Dzień, noc, dzień, noc, a ona nie wstaje, nie reaguje na jego ciepły dotyk…
 

Kiedyś Adam niespodziewanie wpadł ze swoją nową rodziną. Blondynka na niebotycznie wysokich obcasach zaczęła krzyczeć na jego widok, więc błyskawicznie zniknął w sypialni. Przez ścianę słyszał dziecięce okrzyki, przerywane piskliwym głosem blondynki, a przez niedomknięte drzwi dochodził do niego nieprzyjemny zapach znanej wody kolońskiej. Atmosfera była bardzo nerwowa, więc, choć bardzo ciekawili go nietypowi goście, postanowił trzymać się od nich z daleka.
 

Była wtedy bardzo zdenerwowana – nie widziała się z synem już od kilku miesięcy, więc nie spodziewała się jego wizyty, a już na pewno nie w towarzystwie synowej i wnuków. Nieporadnie zaparzyła herbatę, którą podała w towarzystwie maślanych ciastek z sieciówki. O dziwo, Adam, zwykle robiący awantury o byle co, nie zwrócił na to uwagi. Ze spoconym czołem poprosił o podpisy na kilku dokumentach, przyniesionych w skórzanej, błyszczącej teczce. Był wyjątkowo miły i troskliwy. Zawahała się, ale podpisała wszystkie papiery. Może to coś poprawi?
 

Nie poprawiło. Adam zapadł się pod ziemię, natomiast on przestał znikać w sypialni na długie godziny – wolał być blisko, chociaż tyle mógł dla niej zrobić. W miarę upływających miesięcy coraz rzadziej z nim rozmawiała. Siadała przy kuchennym stole pod oknem i w pełnym nostalgii milczeniu obserwowała miasto z czwartego piętra przedwojennej kamienicy. Wyjścia na zewnątrz również stały się coraz rzadsze, a to za sprawą męczących schodów, które z czasem stawały się dla niej przeszkodą nie do pokonania, granicą między tym, co w mieszkaniu, a tym, co za oknem. Między jej smutnym życiem a wielkim światem.
 

Jej uśmiech znacznie zbladł, więc, choć niezbyt lubił się wygłupiać, od czasu do czasu starał się ją rozśmieszyć. Był z siebie bardzo dumny, kiedy udawało mu się dać jej choć odrobinę radości.
 

Ich współistnienie stało się, przyjemną dla niego, rutyną. Adam zniknął z ich życia razem z piszczącą blondynką i ostrym zapachem wody kolońskiej, więc była cała dla niego. Zdawało mu się, że jest jej z tym dobrze. Przestała czekać na telefony i odwiedziny, pogodzona ze swoim smutnym losem. Tylko od czasu do czasu zauważał mokre ślady na poduszce albo słone krople na kuchennej ceracie.
 

I właśnie wtedy, kiedy wydawało mu się, że jest perfekcyjnie, że istnieją tylko dla siebie w idealnej harmonii, zadzwonił telefon. Poderwała się zaskoczona.
 

Przyjadą na Wigilię! Wszyscy! Mój Adaś z rodziną! Widzisz? Jednak o mnie nie zapomniał! – powiedziała mu później.
 

Kolejne tygodnie były zaprzeczeniem dotychczasowego ładu i spokoju. Często wychodziła, by potem wtaszczyć na czwarte piętro torby zakupów. Popołudniami pakowała różne cuda w kolorowe papiery i układała je w kącie pokoju na stosiku. Lepiła pierogi, szukała przepisów w zakurzonych zeszytach i sprzątała. Wszystkie te, dziwne dla niego, działania zupełnie zaburzyły ich rytm dnia, chociaż bywały przyjemnym urozmaiceniem. Najbardziej polubił zaglądanie do toreb z zakupami, szczególnie, że za każdym razem znajdował w nich coś dla siebie.
 

W Wigilię mieszkanie błyszczało. W kącie pokoju stanęło zielone drzewko, kuszące kolorowymi światełkami i szklanymi bombkami. Porzucił sypialnię, by z zainteresowaniem przyglądać się tej niezwykłej krzątaninie.
 

Zasłany pachnącym obrusem stół odświętnie stanął na środku pokoju. Od rana z kuchni wydobywały się nieznane mu dotąd zapachy, a ona śpiewała i rozmawiała z nim o rzeczach, których kompletnie nie rozumiał. Kiedy za oknem zrobiło się zupełnie ciemno, zdjęła fartuch i usiadła przy stole. Usiadł obok. Czekali. A potem nie wydarzyło się zupełnie nic. Nikt nie przyszedł, nikt nie zadzwonił. Mijały kolejne godziny, a oni siedzieli w milczeniu przy wigilijnym stole, uparcie czekając.
 

Po dwudziestej przyszedł sms: Zmieniliśmy plany.
 

To już piąty dzień, odkąd się nie poruszyła. Wciąż siedział naprzeciwko niej. Co jakiś czas spacerował po mieszkaniu, ale, nie mogąc znaleźć sobie miejsca, bezradnie wracał do przedpokoju. Zmieniła się. Nie tylko jej wygląd, ale i zapach…
 

Od Wigilii wszystko się zmieniło. Nigdy więcej nie widział jej płaczącej, ale i prawie w ogóle się nie odzywała. Najczęściej całe dnie spędzała na krześle przy kuchennym oknie. Nie działo się nic wartego uwagi, więc on większość czasu przesypiał. Adam natomiast nie pojawił się nigdy więcej. Nigdy więcej też nie zadzwonił. Zostali sami.
 

W kącie pokoju wciąż stało drzewko, które w międzyczasie zgubiło wszystkie igły. Część z nich przysypała stosik paczek w kolorowych papierach, część opadła miękko na stary parkiet. Polubił to drzewko, jak wszystko, co miało znany mu zapach.
 

Patrzył na nie w chwili, kiedy usłyszał dzwonek. Natychmiast pobiegł do przedpokoju i zaczął wołać najgłośniej, jak tylko potrafił. Ktoś popchnął stare drzwi, które po kilku próbach ustąpiły. Ostatni raz otarł się kocim pyszczkiem o jej zimny policzek i podbiegł do listonosza, w którego wlepił błagalne, zielone ślepia.
 

 

6 thoughts on “Anna”

  1. Hm…Intrygujące i zaskakujące…Ciekawe…Czułam dziwny niepokój,czytając pierwszy raz…Dziwne,ale nie tekst,bo ten podoba mi się.Przez chwilę myślałam,że to kryminał,a tu-niespodzianka!Tak,podoba mi się😊!Ale i tak ciągle jestem zadziwiona😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *