Daj się zaskoczyć! Kazimierz. Zamość. Sandomierz.

Udostępnij

Wyobraź sobie, że właśnie udajesz się w podróż, na którą bardzo długo czekałeś. Całymi tygodniami czytałeś przewodniki, zaznaczałeś warte uwagi miejsca i z niecierpliwością przewracałeś kartki w kalendarzu. W końcu nadchodzi dzień wyjazdu. Droga, ponieważ daleka, czasami bywa uciążliwa, więc stopniowo miejsce entuzjazmu zajmuje zmęczenie i znużenie. Zaczynasz marzyć o gorącym prysznicu i pachnącej pościeli, by nabrać sił i rano z nową energią rozpocząć miesiącami wyczekiwany urlop.

Oho, jeszcze tylko godzina… Liczba kilometrów dzielących Cię od celu zaczyna obiecująco maleć, więc ponownie zaczynasz odczuwać wcześniejszą radość i ze zniecierpliwieniem rozglądasz się przez szyby samochodu. Hm… Miało być pięknie, nawet nadzwyczaj pięknie, wyjątkowo i jedynie w swoim rodzaju… Jednak na horyzoncie nie dostrzegasz nic wyjątkowego. Czyżbyś źle się doinformował? A może kiepsko wybrałeś destynację podróży? Pojawia się rozczarowanie, które w połączeniu z nabierającym na sile zmęczeniem wprawia Cię w podły nastrój. I już, już ma Ci się odechcieć całego tego urlopu, dwóch dni pakowania i kilku godzin podróży, kiedy nagle docierasz do celu… I oczom własnym nie wierzysz, szczęka opada Ci z zachwytu, a oczy jak pięć złotych wlepiasz w to, co widzisz.

Warto było, prawda?

Często się zdarza, że nic nie zwiastuje pojawienia się raju na ziemi. Niby wcześniej czytałeś i zapamiętałeś całą masę informacji, jednak stopniowo zapominasz o nich, kiedy jesteś już o krok. Ma to swoje plusy. I im większe rozczarowanie i niepokój Ci towarzyszy, tym większy zachwyt po dotarciu na miejsce.

Podobne uczucia towarzyszyły mi w drodze do podlaskiego Pentowa i Tykocina, podobne podczas ostatniej podróży. Podróży, w trakcie której odkryłam trzy niesamowite, zupełnie różne od siebie miasta.

Kazimierz Dolny

Od jakiegoś czasu Wisłę mamy po prawej stronie. Jedziemy wzdłuż jej brzegu, więc przyklejam nos do szyby i obserwuję zmieniający się krajobraz. Wjeżdżamy do Kazimierza, który od pierwszej chwili robi na mnie wrażenie miejscowości bardzo turystycznej – z każdej strony krzyczą do nas tablice, to oferujące wolne pokoje, to obiecujące pyszną kolację.

Nie mylę się – po wejściu na Rynek uderza mnie fala turystów, oglądających kamieniczki przez szkiełka obiektywów. W pierwszym momencie czuje przytłoczenie, które po chwili mija, by ustąpić miejsca radości i ogólnie udzielającemu się entuzjazmowi.

Gdybym miała opisać Kazimierz Dolny tylko jednym słowem, wybrałabym malowniczy. Z jednej strony opasany Wisłą, z drugiej otulony wzgórzami, na zboczach których został wybudowany. Mimo, że bardzo zniszczony w wyniku licznych wojen toczących się na tych terenach, wciąż robi wrażenie średniowiecznego miasteczka, jakby czas się zatrzymał. Dzieje się tak za sprawą wydobywanego niegdyś w sąsiedniej wsi białego kamienia, który stał się powszechnie wykorzystywanym budulcem.

Nad Kazimierzem górują ruiny zamku, z którego roztacza się piękny widok na całą okolicę. Osobliwego uroku miasteczku dodają również liczne galerie, świadczące o jego artystycznym charakterze.

Poza niespotykaną architekturą oraz specyficznym klimatem urzekają nas wąwozy lessowe, przywodzące na myśl baśniową scenerię. Biegną krętymi dróżkami pod miastem, zapewniając niesamowite warunki do spacerowania. Z całą pewnością sprawia to frajdę nie tylko tym małym, ale i tym dużym spacerowiczom.

Kazimierz Dolny

Zamość

Jest późne popołudnie, gdy pojawiamy się w Zamościu. Wgapiona w mapkę GPS nieszczególnie rozglądam się po okolicy – skupiam się raczej na odnalezieniu drogi do hotelu. Fakt, tu widać kawałek muru obronnego, tam w oddali majaczy zarys wieży kościelnej…  Jednak jedyne, co kolejny raz mnie zaskakuje, choć może powinnam już przywyknąć do tego widoku, to małe, zadbane, drewniane domki, zdające się być stałym elementem miejskiego krajobrazu pod wschodnią granicą.

Zostawiamy bagaże w pokoju i, nie bez oporów ze względu na nieustające siąpienie, wybieramy się na wieczorny spacer.

I znowu wrażenie to samo. Miasto jak miasto, myślę. Jednak w miarę, jak zbliżamy się do Rynku Wielkiego, czuję coraz większe podekscytowanie i zdumienie. Kiedy moim oczom ukazuje się spory plac, otoczony przepięknymi, kolorowymi kamieniczkami, nie jestem w stanie powstrzymać zachwytu, a szczęka opada mi do ziemi.

Równie zachwycającego Rynku nie widziałam nigdzie indziej. Do tej pory moim faworytem była wrocławska starówka, teraz jednak numerem jeden jest Zamość, wpisany zresztą w 1992 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Nie potrafię przestać się uśmiechać, a ratusz i kamieniczki oglądam dosłownie z rozdziawioną buzią. Wszystko za sprawą dosyć szczególnej historii Zamościa – wybudowano go w XVI w. na specjalne zamówienie Jana Zamoyskiego. Architekci wzorowali się na włoskich miasteczkach ówczesnych czasów, co zadecydowało o tak niepowtarzalnym wyglądzie oraz precyzyjnie przemyślanym układzie zabudowań. Dodatkowo nie bez znaczenia jest fakt, iż Zamość od zawsze był miastem wielokulturowym. Stąd między innymi bogato zdobione kamienice w ormiańskim stylu.

Zamość jest niesamowity. Kolorowy, zadbany, pięknie utrzymany, historyczny, klimatyczny i wielokulturowy. Wrócę!

Zamość

Sandomierz

Sandomierz to ostatni punkt na mapie naszej podróży. Wybieramy się do niego trochę zasmuceni zbliżającym się powrotem do domu, ale i zaciekawieni, czym zaskoczy nas to małe miasteczko. Tym razem przy wyborze urlopowych destynacji decydowaliśmy spontanicznie i intuicyjnie, rezygnując tym samym z poszukiwania informacji na temat wytypowanych miast, więc o historii Sandomierza i jego zabytkach nie wiemy zbyt wiele. Przyznam szczerze, że to świetny punkt wyjścia. Nie wiedząc, czego spodziewać się po mieście osławionym przez telewizyjnego Ojca Mateusza, dajemy się zaskoczyć i oczarować.

Czy to za sprawą bezchmurnego nieba i rozpieszczającego nas słońca, czy może historycznych zabudowań i niezwykłej atmosfery, udziela się nam nastrój niespiesznego zwiedzania, a uśmiechy same przyklejają się do ust. Sandomierz, choć równie turystyczny i często odwiedzany, ma w sobie spokój małego, urokliwego miasteczka. Dzieje się dużo – co kilka chwil za rogu wyłaniają się zorganizowane grupy, pary młode przychodzą na sesje plenerowe, przejeżdżają melexy ze starszymi turystami. A jednak nie jest to rodzaj uciążliwej wrzawy, a spójny element lokalnego życia.

Sandomierz to również miasto architektury sakralnej i, podobnie jak Kazimierz Dolny, wąwozów lessowych, niezmiennie cieszących się zainteresowaniem turystów. Czy warto do niego zajrzeć? Z całą pewnością!

Sandomierz

Warto dać się zaskoczyć. Jak już się wybierze cel podróży, nie czytać zbyt wiele, nie oczekiwać. Mury i spotkani ludzie opowiedzą więcej, niż wszystkie przewodniki świata.

 

8 thoughts on “Daj się zaskoczyć! Kazimierz. Zamość. Sandomierz.”

  1. No i proszę, sprofilowałaś tematykę bloga. Mamy świetny blog podróżniczy z duszą od jakiegoś czasu. 🙂
    Pozdrawiam i czekam na więcej… tych pięknych miejsc!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *