Dom

Opowiem Ci o moim domu. 

To zupełnie magiczny dom, który już tak bardzo jest, ale też zupełnie go nie ma. Istnieje we mnie. 

Budowałam go latami, cegła po cegle, deska po desce. Z zachwytem obserwowałam, jak napełnia się promieniami to wschodzącego, to popołudniowego słońca, wpadającymi przez ogromne okna wychodzące na las. Wciąż noszą ślady intensywnej ulewy sprzed miesiąca, wybacz, że nie umyłam ich na tę okoliczność – zajmowałam się istotniejszymi kwestiami. 

Wpatrywałam się w szumiący las, wznosząc ściany, kładąc podłogi, malując i meblując wnętrza. 

Dom wzrastał i zarastał. Głównie pachnącą zielenią lasu i ziół, nieśmiało zajmujących nowe terytorium. 

A może i nie takie nowe, a dobrze im znane? Może rosły tu na długo przed naszym pojawieniem się? 

Rosną tu też kwiaty, całe morze. Tylko, błagam, nie pytaj, jakie, bo mogę opowiedzieć ci jedynie o ich kolorach i upodobaniu słońca lub cienia. Niektóre z nich słodko pachną, inne wyglądają szczególnie pięknie i dziko – nie niepokojone haczką, pospiesznie zajmują przestrzeń pomiędzy krzewami. 

Naprawdę pięknie tu, gdy kwitną, jednak nad wszystko kocham mój ogród jesienią, kiedy wiatr układa w nim miękkie dywany z liści. Fruną tu głównie ze starego dębu, rosnącego na skraju lasu. 

Lubię je grabić, ale jeszcze bardziej lubię to, że są. To, że pies może się w nich zakopać, a ja razem z nim. Uwielbiam ich zapach, szczególnie intensywny w cieple jesiennego słońca. 

Chętnie siadam na ganku, w głębokim fotelu, z kubkiem gorącej herbaty oraz kocem i kotem na kolanach. Chłonę wtedy ciszę każdą cząstką siebie i po prostu jestem. Drobinka, fragment pięknej całości. 

A kiedy przyjemnie zmarznięta wchodzę do środka, uśmiecham się na skrzypienie podłogi tuż za progiem. Tak właśnie brzmi mój dom. 

Czasami skrzypi i trzaska okiennicami, jednak najczęściej niesie radosny śmiech i poszczekiwanie. 

Pachnie. Drewnem, ziołami i herbatą. Lasem, wpadającym przez okna. Ciepłym deszczem i słotą. Chłodem w mroźne dni. 

Jest w nim tak ciepło od Jego dłoni i uśmiechu. Od radosnego szczekania i puchatego ocierania się o łydki. Od kominka, wesoło trzaskającego wieczorami. 

Często wypełnia się też ciepłem innych rąk i serc, gwarem rozmów i spotkań w przytulnym salonie. I choć stary stół pomieściłby wszystkich, oni najchętniej wybierają miękkie kanapy i fotel czy nawet dywan. 

Śmiech miesza się ze skrzypieniem podłóg. To dom pomrukuje na znak zadowolenia z panującej w nim harmonii. 

Przed snem dom często wypełnia się muzyką, w takt której powoli kołyszę się w Jego ramionach. 

Mój koniec i początek świata. Moje miejsce na ziemi. Mój dom. 

Choć dom to nie zawsze miejsce.

About the author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *