Kilka sekund

Udostępnij

Końcówka naszego urlopu. Z radością przemierzamy kolejne kilometry dzielące nas od ostatniego celu dwutygodniowej podróży. Jest przepięknie, słonecznie, więc uśmiechnięci od ucha do ucha z niecierpliwością czekamy na moment, kiedy będziemy mogli pogrzać się w ostatnich promieniach letniego słonka. Droga mija nam to na słuchaniu płynącej z radia muzyki, to na krótkich wymianach zdań i wesołych komentarzy.

Zostało nam jeszcze 20km. Podróż dłuży się niemiłosiernie – miejscowości płynnie przechodzą jedna w drugą, więc stale poruszamy się z prędkością 50km/h. Nagle auta przed nami gwałtowanie hamują, tworząc korek. Zatrzymujemy się i my. Światła? W takiej malutkiej miejscowości? Stojący przed nami tir uniemożliwia zorientowanie się w sytuacji. Raptownie wokół nas zaczyna się coś dziać – ludzie wychodzą z domów i dyskutują z poruszeniem, żywo przy tym gestykulując. Jakiś mężczyzna zostawia wszystko i rzuca się pędem w kierunku przyczyny zatrzymania ruchu. Oho, pewnie coś stało. Może jakaś stłuczka? Może komuś auto się zepsuło i zatrzymało na środku skrzyżowania?

Nagle z prawej strony wybiega zapłakana i roztrzęsiona kobieta, nieskładnie mówiąc o potrąceniu. Jest boso. No gdzie ta erka? Szpital jest 2 minuty drogi stąd! Kiedy oni przyjadą? Ktoś próbuje ją uspokoić, ktoś inny odwrócić jej uwagę. Oddycha? – pyta kto inny. Tak, oddycha, ale jest nieprzytomna…  Krzyczy do nas, żeby skręcić w lewo i kierować się na objazd.

Czuję niepokój. Czyli jednak coś poważnego. Udzielają mi się emocje bosej kobiety, żołądek ściska się w kamień i podchodzi do gardła.

Zgodnie z sugestią kierujemy się do objazdu, zjeżdżamy na lewy pas.

Wtedy ją dostrzegam. Leży na brzuchu, wyciągnięta na środku jezdni, nie porusza się. Obok niej klęczy młoda kobieta, trzymając palec na jej nadgarstku. Nie widzę twarzy – w pamięć zapada mi tylko wykręcona, nieruchoma dłoń starszej osoby i kwiecista chusta. To tylko kilka sekund, a mnie robi się potwornie niedobrze, nie mogę oddychać i zebrać myśli. Kątem oka zauważam jeszcze wyrwane siodełko i koszyk, rower wbity do góry nogami w ziemię na poboczu… i tira, którego kierowca najwyraźniej ma gdzieś tragedię i, mimo objazdu, z impetem przejeżdża obok leżącej na asfalcie kobiety.

Trzeba zamknąć przejazd. Gdzie się tu, k****, pchasz baranie? Rzuca w stronę kierowcy tira mężczyzna, który wcześniej wybiegł z podwórza.

Mrozi mi krew w żyłach. Po chwili z oddali dochodzi do nas wycie nadjeżdżającej karetki.

Zaczynam analizować sytuację. Oddycha? Tak, oddycha, ale jest nieprzytomna…  Jak to sprawdzili? Czy tylko trzymając palec na nadgarstku? Przecież puls nie ustaje natychmiast po straceniu oddechu! Wciąż widzę ją leżącą na brzuchu… Przecież powinni położyć ją w pozycji bocznej… Dociera do mnie, że nikt nie udzielił jej pomocy poza wezwaniem pogotowia. Pewnie jej nie obejrzeli, nie sprawdzili obrażeń ani nawet, czy faktycznie oddycha… A może potrzebna jej reanimacja?

Pogotowie już tam jest –  uspokaja mnie Ł. Zaraz jej pomogą.

Reszta drogi upływa nam w milczeniu. Popołudnie jest trudne. Co chwilę myśli uciekają w stronę potrąconej kobiety, a przed oczami wracają obrazy z tych kilku sekund wraz z dusznościami i mdłościami.

Wieczorem nerwowo zaczynam przeglądać lokalne portale informacyjne w poszukiwaniu jakichkolwiek wieści na temat wypadku.

Znajduję je po kilku kliknięciach.

Mimo reanimacji przeprowadzonej przez ratowników kobieta zmarła w szpitalu wskutek odniesionych obrażeń. Miała 84 lata. Nie ustąpiła pierwszeństwa wjeżdżając na skrzyżowanie.

Koniec komunikatu. Jego przeczytanie zajęło mi zaledwie kilka sekund. Jakiś dziennikarz w trzech krótkich zdaniach zamknął wypadek śmiertelny, czyjąś tragedię, czyjś koniec świata. Komunikat jest tak suchy i pozbawiony jakichkolwiek emocji, jakby dotyczył czegoś zupełnie innego, a nie wydarzenia, które nie pozwala mi myśleć o czymkolwiek innym, raz po raz boleśnie ściskając mój żołądek.

Wszystko do mnie wraca… Ona, leżąca w bezruchu, jej wykręcona dłoń, palec tamtej kobiety na jej nadgarstku, kwiecista chusta… A jeśli można było ją uratować? Może powinniśmy byli się zatrzymać i sprawdzić, czy udzielono jej pierwszej pomocy? Wybiec z auta, zamiast stać w tym cholernym korku i zorientować się, co się właściwie stało? Może gdyby od razu zacząć reanimację, przed przyjazdem pogotowia, udałoby się ją uratować?


Więc tak to się dzieje? Tak przychodzi śmierć? Nagle i bez uprzedzenia? Pierwszy raz to poczułam. Do tej pory widziałam tylko śmierć będącą wybawieniem w chorobie, choć oczywiście słyszałam o wypadkach i tragediach, zabierających niewinne życia. Straszne. Wyjść z domu i nigdy więcej do niego nie wrócić. Tak po prostu. Wystarczy tylko kilka sekund.

 

8 thoughts on “Kilka sekund”

  1. Eh nie wiem co napisać… ciśnie mi się tylko banalne i oklepane- trzeba cieszyć się każdą chwilą, doceniać to co się ma i nie trwonić życia, nie odkładać niczego na później, bo tego później może nie być…

  2. Przeczytałam Twój reportaż na jednym wdechu. Poruszyła mnie dogłębnie ta historia. Szkoda kobiety, tyle się dzieje wokół nas a my jesteśmy coraz bardziej obojetni. Ciężko mi powiedzieć jak ja bym się zachowała w takiej sytuacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *