Mój przyjaciel KOT

Udostępnij

Pięć lat temu zdecydowaliśmy się na małe szaleństwo. Już od jakiegoś czasu wierciłam dziurę w brzuchu o przygarnięcie jakiegoś zwierzaka. Próbowaliśmy z rybką, ale niezbyt długo się nią cieszyliśmy. Później postanowiliśmy, że jak tylko studencki pokój zamienimy na własny kąt, pomyślimy o kocie. Tak też się stało. Sęk w tym, że naszym pierwszym samodzielnym lokum była kawalerka, która w całości mierzyła 17 m2. Istne wariactwo! Zadecydowało to, że znajdowała się w samym centrum miasta, w idealnej odległości od pracy, no i była przez nas tak wyczekiwana, że nie chcieliśmy już dłużej szukać.

Ja, w gorącej wodzie kąpana, natychmiast zaczęłam szukać kociaka. Nie pomagały tłumaczenia, że nam we dwójkę będzie bardzo ciasno w mieszkanku, które na dobrą sprawę mogłoby się zmieścić w czyimś salonie – przedpokój był jednocześnie kuchnią i fragmentem łazienki, sypialnia – pokojem dziennym i gościnnym, a w łazience trudno było się obrócić. Uparłam się i nie trafiały do mnie żadne argumenty, więc decyzja o przygarnięcia kota zapadła raczej jednostronnie.

Znalazłam ją na tablicy z ogłoszeniami jednego z popularnych serwisów. Wymieniłam z właścicielką kilka maili, a potem umówiłyśmy się na odbiór kotki na któreś popołudnie. Jak dziś pamiętam towarzyszące mi podekscytowanie, kiedy po nią jechaliśmy. Pamiętam również zachwyt w momencie, kiedy pierwszy raz dotknęłam jej milutkiego, puszystego futerka, pokrywającego ją jak delikatny puszek.

Na początku była bardzo przestraszona. Pierwsze pół roku życia spędziła na strychu z mamą i pozostałymi kociętami, nie mając kontaktu  z ludźmi. Nic więc dziwnego, że w stosunku do nas była bardzo nieufna. Nie miała ochoty na zabawę, siedziała cichutko schowana za łóżkiem, nie chciała jeść. Zaczęliśmy się martwić, czy ten dzikusek da się oswoić, ale wszystkie obawy minęły, kiedy po raz pierwszy zostawiliśmy ją samą w mieszkaniu. Po powrocie z pracy zastaliśmy rozszarpaną i radośnie rozrzuconą po pokoju zabawkę, dowód na to, że nasze kocisko uwielbia się bawić.

 

 

Od tamtego dnia było już tylko lepiej. Co prawda małymi kroczkami, ale Miszka oswajała się coraz bardziej. Po trzech miesiącach naszą klitkę zamieniliśmy na 40 m2 – dusiliśmy się wcześniej, zachodząc w głowę, jak mogliśmy być aż tak zdesperowani 😀 A dwa, w trakcie porannych gonitw kot nie wyrabiał na zakrętach i lądował na szybie balkonowej 🙂

I tak minęło ponad pięć lat, w trakcie których Miszka towarzyszyła nam we wszystkich przeprowadzkach, z ciekawością rozglądając się po nowych kątach. Z miesiąca na miesiąc robiła coraz większe postępy, ale nigdy nie stała się kotem, wskakującym na kolana i śpiącym na nich godzinami. Zaakceptowaliśmy jej nieufność i niezależność, pozwalając jej być sobą. Nie tarmosiliśmy na siłę, nie trzymaliśmy na kolanach, nie zmuszaliśmy do pieszczot. To do niej zawsze należało ostatnie słowo, to ona decydowała, kiedy ma ochotę się poprzytulać i na jakich warunkach. Typowa indywidualistka. W mieszkaniu zaczęły mnożyć się kartony i pudełka, służące jej za legowiska i place zabaw.

W końcu nadszedł dzień, kiedy odwdzięczyła się nam zaufaniem i swoją kocią miłością. Osłupieliśmy, gdy pierwszy raz wyciągnęła się na grzbiecie na dywanie, odsłaniając rudy brzuszek, dotąd najpilniej strzeżoną część ciała.

 

 

Teraz potrafi tak spać w najlepsze, nie zwracając na nas uwagi. Mamy też swoje małe, codzienne rytuały, które czasami rozbawiają mnie do łez.

Ludzie mówią, że koty są głupie i wredne. Myślę sobie, że mówią tak ci, którzy albo nigdy nie mieli kota, albo nie dali mu szansy. Bardzo chcielibyśmy, żeby zwierzęta były takie, jakimi życzymy sobie je mieć – grzeczne, posłuszne, poukładane, wytresowane i nie stanowiące kłopotów. Tylko dlaczego trudno nam zaakceptować ich charakter, skoro niejednokrotnie sami mamy wiele za uszami?

 

2 thoughts on “Mój przyjaciel KOT”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *