Moje all inclusive

Urlop. Jedno, krótkie słowo, a definicji i wyobrażeń tyle, ilu ludzi na ziemi. Jedni na to magiczne hasło wyobrażają sobie greckie plaże, drudzy w myślach pakują walizki do Turcji, a jeszcze inni odkładają na all inclusive na Malediwach.

Cóż, ja zdecydowanie do tego grona nie należę. Powody są dwa: po pierwsze, wciąż tak niewiele widziałam we własnym kraju, że swoje podróże postanowiłam rozpocząć właśnie od niego. A dwa – szczęście dają mi bardzo proste i pospolite rzeczy, powszechnie uważane raczej za mało atrakcyjne.

Urlop to wypoczynek, a wypoczynek to miejsce blisko natury, czyste powietrze, zapachy, absolutna cisza, przerywana jedynie odgłosami przyrody i możliwie jak najmniejsze stężenie turystów na metr kwadratowy. Przerażają mnie zatłoczone plaże, zapchane kawiarnie i restauracje, kolejki-węże do budek z lodami. Stąd szerokim łukiem podczas planowania wyjazdów omijam lipiec i sierpień. Czuję też niechęć do miejsc must be, które zwykle oferują o wiele mniej, niż się powszechnie uważa. Uwielbiam za to zanurzyć się w kulturze, poddać regionalnym zwyczajom, zasmakować miejscowej kuchni i poczuć na własnej skórze, co znaczy ŻYĆ w danym miejscu. Za bezcenne doświadczenie uważam spotkania oraz rozmowy z lokalną ludnością, będącą skarbnicą wiedzy zarówno na temat wartych uwagi atrakcji, jak i przede wszystkim warunków życia, lokalnych legend i wielopokoleniowych opowieści.

Śladem zeszłego roku na naszym celowniku roku znajduje się Podlasie. Częściowo planujemy zajrzeć w miejsca, które we wrześniu zrobiły na nas największe wrażenie, ale też chcemy chłonąć tą niezwykłą krainę całym sobą, by odkryć wciąż przez nas nieodkryte, nieznane.

Podążając tym tropem, głodni natury, wybieramy się do Biebrzańskiego Parku Narodowego. Kładka w głąb bagien jest tylko nasza. Przemierzamy ją w milczeniu, upajając się śpiewem ptaków oraz otaczającym nas słodkim zapachem ziół i traw. Zatrzymujemy się w punkcie widokowym, skąd z radością obserwujemy łosia, niespiesznie skubiącego trawę pod kępą drzew w oddali, zdającą się być wyspą na morzu turzyc. Powietrze jest ciepłe, ale i ciężkie, wilgotne, co niechybnie zwiastuje nadciągającą burzę. Powiewy coraz to bardziej porywistego wiatru otulają nas, napełniając płuca boskim zapachem. W głowi kręci mi się ze szczęścia. Zamykam oczy i czuję dokładnie to samo, co kilka dni później, w trakcie spaceru po puszczy, przemoczonej do ostatniego mchu przez czerwcową burzę – nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba…

… stoję w sercu Parku Narodowego, otoczona naturą, ze słońcem na głową i kałużami pod stopami, ze śpiewem ptaków i szumem drzew w uszach, z moją dłonią w Jego ciepłej, kochanej dłoni…

Mam wszystko, czego mi trzeba!

Udostępnij

2 thoughts on “Moje all inclusive”

  1. Ja jeszcze w tym roku wybieram się za granicę (o ile mi się uda), natomiast powiem szczerze, że faktycznie tęsknię za trochę bardziej „swojskimi” klimatami. Planuję trip po wszystkich polskich parkach narodowych – zapewne rozłożony na kilka tripów. 😉 Mam nadzieję, że odkryję coś fajnego we własnym kraju przy okazji, bo dawno już po Polsce nie podróżowałam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *