My i oni

Słoneczne wrześniowe popołudnie. W radiu mówią, że to najcieplejszy dzień w historii września w naszym kraju. Faktycznie, nieźle grzeje, ale teraz nawet w pełnym słońcu jest o wiele przyjemniej niż w lipcowym skwarze. 

Jedziemy już kilkanaście minut. Z wyczekiwaniem spoglądam to na prawo, to na lewo przez zapiaszczoną szybę naszego auta. Dookoła łąki i lasy, spomiędzy których z rzadka wyrastają spadziste dachy drewnianych chat i stodół. Jest! W oddali, ponad wiejskimi zabudowaniami, góruje mała kopuła meczetu, zwieńczona charakterystycznym półksiężycem, odbijającym promienie wrześniowego słońca i, choć nie minęliśmy jeszcze tablicy informacyjnej, już wiem, że zbliżamy się do Bohonik.  

Nauczeni wcześniejszymi doświadczeniami, nie spodziewamy się zbyt wiele po tej wyprawie – dotychczas większość budynków sakralnych było nam dane obejrzeć tylko z zewnątrz, więc zakładamy, że tak będzie i tym razem. Stąd też nasz dosyć swobodny strój – krótkie rękawy i spodenki. Ku naszemu zaskoczeniu sprawy mają się jednak zupełnie inaczej. 

Ledwo wysiadamy z auta, kiedy zza drewnianych drzwi meczetu wyskakuje starsza kobieta w tradycyjnym, tatarskim nakryciu głowy, ponaglając nas zachęcająco: 

No już, kochani, szybciutko! Chodźcie do środka, zaraz zaczynamy! 

Nie wiem, które z nas jest bardziej zaskoczone, za to ja czuję się mocno skrępowana. Mój ubiór zdecydowanie nie jest odpowiedni do zwiedzania świątyni. Nie mam jednak chwili na jakąkolwiek reakcję – nasza przewodniczka chwyta mnie za rękę i wciąga do środka, do, jak się po chwili dowiaduję, pomieszczenia żeńskiego. Widząc moje zmieszanie, podaje mi chustę do okrycia nóg i z uśmiechem zaprasza do głównej, męskiej sali. Zdejmujemy buty i, wciąż zakłopotani, podporządkowujemy się jej wskazówkom. 

W niewielkim pomieszczeniu znajduje się już kilku turystów, siedzących na drewnianych ławkach, ustawionych pod ścianami meczetu. Pod stopami czuję, gruby puszysty dywan. 

Dobrze, kochani – dziarsko zaczyna nasza przewodniczka – najpierw opowiem Wam krótko o historii Tatarów w Polsce. Bo i jak my się tu właściwie znaleźliśmy? Ano za sprawą króla polskiego Jana III Sobieskiego, który, nie mając pieniędzy na wypłacenie żołdu, w zamian za służbę i oddanie, przodkom naszym ziemią zapłacił. Ot i cała historia. Wojna zdziesiątkowała rodzimą ludność Podlasia, więc Tatarzy osiedlali się w pustych gospodarstwach, nadanych im przez króla. Ten zezwolił Tatarom na zachowanie wiary, budowanie świątyń i śluby z polskimi panieneczkami, w zamian za co postawił jeden warunek – Tatarzy zmuszeni byli do porzucenia własnych nazwisk. Przyjmowali nazwiska żon swoich, zazwyczaj kończące się na “-icz” i “-wski”. W tamtych czasach wybudowano łącznie 19 meczetów, z czego obecnie tylko dwa znajdują się w granicach Polski. 

Już po chwili słuchania czujemy się zupełnie swobodnie – odpuszcza początkowe spięcie, powodowane znalezieniem się w tak nietypowym i zupełnie nieznanym nam miejscu. 

Kobieta zdaje się być bardzo żywiołową, ciepłą osobą. Raz po raz wtrąca żarty i anegdoty, co wywołuje nasze uśmiechy. W dodatku słuchanie jej wschodniego, śpiewnego akceptu to czysta przyjemność!  

Po rysie historycznym przychodzi moment na krótkie podsumowanie zasad wiary, a po nim – czas na nasze pytania. Pytamy więc. O to, jak duża jest tutejsza wspólnota, jak często się modlą, czy rygorystycznie przestrzegają zasad wiary, jak żyje się im pośród katolików. 

Spodziewamy się usłyszeć o ogromnych różnicach dzielących nas od nich, a tu nic z tych rzeczy! Odpowiedzi są bardzo proste, tym bardziej zaskakujące. 

No właśnie. My i Oni. Cóż za bzdura! Po prostu sąsiedzi. Jakie to ma znaczenie, kto do którego boga modli się przed snem? Jakim imieniem go nazywa?   

Nie modlą się pięć razy dzienne. Czasami dwa, choć najczęściej tylko raz, wieczorem, przed snem. Ten jeden jedyny raz zawsze, a rano – jak się uda.  

Czasem człowiek tak gna do roboty, że i nie zdąży nawet o tym pomyśleć – opowiada pani Eugenia. 

Ramadan? Bez jedzenia i picia? A skądże! Kobieto, a ty byś tak chciała? W tym roku wypadł na końcówkę czerwca, najdłuższe i najgorętsze dni w roku. Kto chciałby zatrudniać głodnego, a przez to marudnego, złego, niezadowolonego pracownika? W dodatku niemającego siły pracować? Tak się przecież nie da… 

W meczecie modlimy się rzadziej niż katolicy w kościele, może 20 razy w roku przy okazji dużych świąt. A poza tym każdy co wieczór modli się do swojego anioła stróża, opowiada mu o uczynkach z całego dnia. A jak co złego człowiek zrobi, zawsze stara się dobrem wynagrodzić. To dla nas najważniejsze. Mieć dobro w sercu, dobro dla drugiego człowieka.  

Zapada chwila ciszy, jakbyśmy wszyscy właśnie trawili to, co usłyszeliśmy. 

No, jest dla nas nadzieja! – podsumowuje pani Eugenia. – Jeśli będziemy czynić dobro, jest szansa, że nie wszyscy pójdziemy do piekła!  

Puszcza nam oczko, ciepło się uśmiecha i zostawia nas z tymi słowami. 

Jakiż człowiek jest głupi. Buduje sobie w głowie wyobrażenia, teorie i opinie. Buduje mury. Snuje podejrzenia, stawia teorie, szufladkuje. Wrzuca wszystkich do jednego wora, po brzegi wypełnionego stereotypami i ocenami. A potem zderza się taki człowiek z rzeczywistością, która nijak ma się do jego wyobrażeń, wzniesionych na cudzych słowach, doświadczeniach i przeżyciach. I po co mu to było? Wyobrażać sobie, oceniać, wystawiać opinie, nie mając żadnych własnych doświadczeń? 

Czy wszystkie blondynki są głupie? Czy wszyscy Polacy to złodzieje? Czy każdy muzułmanin to fanatyk? 

 

About the author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *