Niczyje

Upstrzony resztkami koloru, metalowy budzik sprzed pół wieku, słaniający się na krzywych nóżkach, jakby nie mógł udźwignąć własnego ciężaru, wciąż uparcie odmierza czas. Wskazówka głośno przesuwa się w dół, sekunda za sekundą, minuta za minutą. Czas wciąż płynie, przelewa się przez drżące palce, choć ona jest już gdzieś poza nim. Nieosiągalna, nieuchwytna, niepoliczalna.

Pęknięte lusterko nadal pokazuje nagą rzeczywistość – bez filtrów, retuszu i emocji. Odartą ze złudzeń i boleśnie przypominającą o sobie gdzieś pod żebrami przy każdym głębszym wdechu.

Grzebień pozbawiony dwóch zębów pokrył się cienką warstwa kurzu, osiadającego na wszystkim, co było kiedyś żywe, a teraz zatrzymało się, zawisło, zatraciło w nietrwaniu.

Szuflada beznamiętnie odsłania kolejne elementy jej długiego bycia, teraz tak cierpko i szybko tracące na znaczeniu i wartości. Odkładały się prawie wiek, by w kilka minut stać się niezrozumiałe, nieodgadnione, pozbawione sensu i trwania.

Zdjęcia, z których spoglądają obce, poważne twarze o ostrych rysach. Świadectwa szkolne tak kruche, że niemal rozpadają się w dłoni. Dowody osobiste w dawno zapomnianych formatach. Wycinki z gazet, opisujące postaci i wydarzenia, jakby przypadkowe, a jednak spójne z resztą zagadkowych przedmiotów.

W kredensie trwa walka z nieuniknionym. Szklanki, które kiedyś napełniały się kawą i herbatą, teraz bronią się przed osadem niebycia. Cukiernica z fikuśną pokrywką zamiast białych kryształków skrywa zaśniedziałe monety sprzed reformy. Korkociąg nie pamięta czasów, kiedy otwierał butelki, wypełnione rubinowymi trunkami, rozlewanymi skwapliwie do lampek i kieliszków.

Stare zdjęcia rentgenowskie, twardo świadczące o istnieniu jeśli nie jej całej, to chociaż fragmentów jej ciała: klatki piersiowej, rąk, nóg, brzucha. Kiedyś była tętniącą życiem masą, tkanką poprzetykaną gęsta siecią żył i tętnic, oplatających mięśnie i organy.

Porzucone ubrania bezkształtnie osuwają się z wieszaków, jakby w geście zrezygnowania i zwątpienia, czy jeszcze kiedykolwiek wypełnią się kształtem i ciepłem.

W tym swetrze zazwyczaj chodziła zimą. Co roku wytrwale cerowała go odcieniami błękitu, nie pozwalając mu przeminąć.

Wiosną i latem na jej koszulach od szyi po mankiety rozkwitały pstre kwiaty. Niektóre pozostawały w pąkach, inne, jak maki, szeroko rozpościerały płatki.

Wełniane skarpety. Czapka. Torebki. Buty. Spódnice i sukienki. Szlafrok.

Zasłony, firany, obrusy.

Obrazy.

Wszystko nieruchome, nieme, martwe. Zastygło razem z nią.

Na dnie szafy, skryte pomiędzy połami zapomnianych płaszczy, leży niewielkie pudełko ze skarbami: nitki, włóczki, igły, szydełka, skrawki materiału, kłębki wełny, naparstki, gałganki i niedokończone ubrania. Tyle po niej pozostało.

Już czas. Budzik monotonnie tyka w rytmie sekund, obojętnie odmierzając bycie.

About the author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *