Niewidzialni

Udostępnij

To jedno z takich miejsc, przy których mimowolnie przyspieszam i tracę pewność siebie. Niby środek osiedla, centrum miasta, dosyć ruchliwa ulica, a jednak. Mijam je codziennie w drodze do i z pracy, a że ostatnio o tej porze szaro lub zupełnie ciemno, kroku przyspieszam jeszcze bardziej.

Pośród nowych, niskich bloków, pachnących świeżością, osiedlowych sklepików i PRLowskich dziesiąciopiętrowców rzędem stoją mieszkania socjalne, połączone w jeden długi, płaski budynek. Odstraszają ubogim i zaniedbanym wyglądem. Latem prawie ich nie widać, zarośniętych krzakami i pokrzywami. Jesienią, kiedy opadną liście, stopniowo zaczynają wychylać się obskurnie zza nagich gałęzi, strasząc jeszcze bardziej. Surowe krawędzie, obdrapane mury, odpadający tynk i wszechpanujący bałagan…

Jeśli w drodze do pracy zdarzy mi się zamyślić i zapomnieć, na wysokości tego miejsca do rzeczywistości przywołuje mnie brzęk szkła, pisk zgniatanych puszek albo terkotanie starego, skrzypiącego wózka.

Czasami widuję ich pojedynczo, czasami grupkami, ale znam już te twarze, rozpoznaję i kojarzę. Mają swoje stałe pory na przeczesywanie rewirów i wygrzebywanie skarbów ze śmietników, czyli szeroko pojmowany recykling. Tak się składa, że czas ten pokrywa się z moim marszem do pracy.

Choć trochę do nich przywykłam, jak do stałego elementu krajobrazu, świadczącego o pewnej stabilności i niezmienności, wciąż czuję się nieswojo. Być może sami sobie wybrali taki styl życia, może nałóg doprowadził ich w to miejsce, a może jeszcze coś innego. Wiosną i latem prawie o nich nie myślę, nie zastanawiam się, płynnie biegnę do pracy, ściskając tylko na kilka minut mocniej torebkę. Ale kiedy zaczynają się pierwsze jesienne, chłodne wieczory, noce i poranki, kiedy biegnę do pracy szybciej, żeby nie zdążyć poczuć przenikliwego zimna pod płaszczem, wtedy jest mi znacznie gorzej.

No i cóż, że być może tak wybrali? Że może świadomie odrzucili możliwości pomocy, w miejsce trzeźwej noclegowni wybierając zimny, ale pijany barak? Czy nie jesteśmy wszyscy takimi samymi ludźmi i nie zasługujemy na to samo, niezależnie od stanowiska i zasobności portfela? Czy powinno pozwolić się im podążać za wyborem, za losem, czy może, nawet jeśli trochę na siłę, nie odpuszczać i wyciągać z dna?

Nie wiem.

Robi się coraz chłodniej, coraz bardziej deszczowo, mgliście i jesiennie. Do długiego budynku z mieszkaniami socjalnymi przylega rozsypująca się szopka. Właściwie to tylko wiata, zadaszenie bez drzwi. Może mieć powierzchnię kilku metrów kwadratowych, nie więcej. Od kilku tygodni, albo i już miesięcy, ma stałego lokatora. Na ziemi leży materac i kłębowisko kołder, pierzyn, będących jego łóżkiem, choć słowo barłóg lepiej oddaje stan rzeczy. Co rano staram się nie patrzeć w tym kierunku, ale nie potrafię. Czuję mdłości, dostrzegając to rękę, to ropiejącą nogę, wystającą spod góry kołder. Jest piekielnie zimno.

Tak mijają kolejne dni, tygodnie. Któregoś ranka z ulgą zauważam, że go nie ma. Nie ma też kołder, więc dochodzę do wniosku, że zapewne znalazł sobie cieplejsze lokum na przetrwanie chłodu.

A potem nadchodzi Wszystkich Świętych. Dzień po, kiedy opatulona szalem po czubek nosa, z czapką wciśniętą na oczy, biegnę do pracy, staję jak wryta przed sypiącą się wiatą. Wiesz, co stoi na materacu? Znicz. Mały, czerwony, szklany znicz… Wiesz, co wtedy myślę? Myślę sobie, że pewnie ukradli go z cmentarza, żeby ogrzać dłonie.

Po południu znowu przechodzę obok, przystaję. Obok znicza stoi pojedyncza, biała chryzantema w doniczce, prezentując się niemal jak świętość w otaczającym ją brudzie i mroku. Zastygam. Ściska mi się żołądek. A więc jednak. Jednak znicz nie służył nikomu do ogrzania dłoni. Umarł.

Minął dokładnie miesiąc, a chryzantema wciąż tam stoi. Wciąż równie piękna, zaskakująco odcinająca się od tła.

W szopce obok mieszka ktoś inny. Ktoś, kto nie odważył się zająć jego miejsca. Nie odważył się nawet na zabranie materaca.

Codziennie rano zastanawiam się, czy któregoś dnia pod kłębowiskiem kołder widziałam rękę wciąż żywego czy może już martwego człowieka.

Razem z widokiem chryzantemy nieustannie prześladuje mnie przeświadczenie, że nic nie jest trwałe, nic stałe, nic wieczne, nic na zawsze. Ani nasze dobrze poukładane życie, ani życie w ogóle, samo w sobie.

 

14 thoughts on “Niewidzialni”

  1. Trudny temat i wcale nie czarno-biały. Czesto sam nie jestem do końca pewien, czy „niewidzialnym” współczuję i chcę zrozumieć, czy raczej wzbudzają we mnie odrazę i wcale nie interesuje mnie ich historia. Łatwo tak siedząc w ciepłym domku patrzeć na nich z góry. Ale często to, co łatwe, wcale nie jest dobre.

    1. Ja też mam mieszane uczucia… I na wiele pytań nie potrafię odpowiedzieć jednoznacznie… Z jednej strony patrząc, musimy być ludzcy i empatyczni, z drugiej – nie można brać na siebie problemów całego świata…

  2. Od znajomych, którzy pracują z bezdomnymi wiem, że każdy z nich ma inną historię: w której GDZIEŚ sobie nie poradzili, odpuścili. Często to są potężne długi, z którymi zostali sami, czasem alkohol, kiedy nie było nikogo, kto by wysłał na odwyk, wspierał. Bardzo często utrata pracy + długi sprawia, że nie masz się gdzie podziać. Ostatnio uświadomiłam sobie jak łatwo zostać bezdomnym: wystarczy że zarabiasz najniższą krajową a jesteś zmuszona wynajmować mieszkanie – skąd brać pieniądze na wysoki wynajem? Jeśli zostajesz sama? Wiele razy byłam w takiej sytuacji – dzięki Bogu nigdy nie wylądowałam na ulicy, ale ulica własnie z powodu tej świadomości zawsze była mi bliska.

  3. Bardzo poruszający wpis!
    Kiedyś zwrócił moją uwagę pan, który zimowe wieczory spędzał omotany w koce na przystanku autobusowym niedaleko osiedla, na którym mieszkałam. Kilka lat temu zebrałam się w sobie i zaprosiłam go na wigilię, ale odmówił, przyjął tylko posiłek w pudełku i herbatę w termosie. Wspominam to ze wstydem, bo czy trzeba było czekać do wigilii?

  4. Nie niewidzialni, bo ich widzimy, ale czasem nawet zwyczajnie się boimy. Bo są inni niż my. Ja na przykład wieczorem koleżanki muszę po spotkaniu podwozić pod samą klatkę bloku, w którym mieszkają, bo się boją przejść same te kilka kroków od przystanku przez „niewidzialnych.” Z drugiej strony nie znamy ich, nie wiemy, co z ich strony nas czeka, więc wolimy na wszelki wypadek trzymać się od nich z daleka. A stosując taką strategię nie mamy możliwości zweryfikowania jacy są. Wszystkich wrzucamy do jednego worka i traktujemy jak gorszy gatunek ludzi.

  5. Świat składa się z wielu światów.
    Oczywiście historia zakończona motywem chryzantemy doprowadziła mnie do łez, bo ten kwiatek to symbol duszy człowieka. Biała, czysta, taka inna niż wszystko, co dookoła.
    Piękny tekst. łapie za gardło i daje do myślenia.

  6. Trudny i niezręczny temat…Trochę ch yba brak nam odwagi… Ci ludzie- bezdomni, ubodzy, samotni- nie są niewidzialni. To my, pozostali tak o nich mówimy, bo tak jest wygodniej dla nas. Czy można pomóc komuś, kto jest niewidzialny? No nie.To są nieszczęśliwe osoby, na drodze których po prostu zabrakło w pewnym momencie pomocnej dłoni. Żyją tak, jak potrafią. To my jesteśmy niewidzialni, bo tak się zachowujemy. Przemykamy obok ze spuszczona głową, aby nas tylko nie zaczepili i nie chcieli czegoś. Bo jak tak, to co zrobimy?Łatwo jest oceniać innych… Łatwo, gdy ma się pracę, rodzinę, dom… Każdy z nas ma inny bagaż doświadczeń życiowych i inne możliwości do dźwigania tego bagażu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *