Pod sosnami

Niedzielne przedpołudnie. Trochę chłodne, z rana bardzo mgliste i niemrawe, ale z każdą kolejną godziną coraz bardziej słoneczne. Zdecydowanie jedno z pierwszych tak ciepłych tej wiosny.  

Nie możemy się doczekać, aż słońce na dobre przebije się przez mgły. W końcu ten moment nadchodzi, ciepłe powietrze osusza trawy i wciąż wilgotną po nocnych deszczach ziemię. Zabieramy psisko na spacer, za wieś, poza świat, do nikąd. 

Pachnie deszczem, mokrą ziemią i budzącą się do życia przyrodą. Na chwilę zatrzymujemy się pod lasem, ale tym razem decydujemy się w niego nie skręcać, a pójść prosto, między częściowo obsianymi, a częściowo świecącymi czarną ziemią polami. 

Psisko radośnie przebiega z prawa na lewo, przeskakuje rowy, ryje w świeżych kretowinach, kręci bączki z radości. Co chwila to znika za jakimś krzakiem, to tarza się we wschodzącym, soczyście zielonym zbożu, to sprężynuje nad bruzdami zaoranej ziemi. 

Schodzimy z górki, a naszym oczom ukazuje się migocząca w słońcu tafla jeziora. Wciąż wygląda trochę jesiennie, otoczona wyschniętym tatarakiem i trzcinami, ale rozpoczynającą się wiosnę ogłaszają radosne pokwakiwania i plusk spod łabędzich skrzydeł. 

Psisko szaleje z radości, jak zawsze, kiedy znajdzie się w nowym miejscu. Kiedy z rozpędem wpada do wody, zupełnie jakby miało zamiar przebiec po tafli, na psim pysku maluje się zaskoczenie – okazuje się, że jest mokro po psi pas i z każdym krokiem coraz bardziej grząsko, a z chodzenia po wodzie nici. Śmiejemy się serdecznie na to psie zdziwienie. Skoro nie można po wodzie, to może chociaż po pomoście? I tutaj zaskoczenie, bo z tafli jeziora na psisko podstępnie zerka jego własne odbicie, które trzeba natychmiast obszczekać! 

Siadamy na pomoście i rozkoszujemy się ciszą. Ł. tęsknie patrzy na drugi brzeg jeziora, na zieloną kępę, na której na wprost nas w ciszy i spokoju rosną trzy piękne sosny. 

A… gdyby tak… mieć tu swój kącik? Taką samotnię na weekend? Na kilka dni? Z dala od hałasu, z zapasem świeżego powietrza i kaczek kwakania, z zapachem jeziora, ciszą i przestrzenią? O, tamta kępa zielona, pod sosnami, byłaby idealna, prawda? Ale zaraz… to przecież nie jest tak bardzo nierealne, jak wydaje się być na pierwszy rzut oka… 

Kiełkuje mi w głowie pewna myśl… Po chwili zaczyna pączkować, przeradzać się w coraz śmielsze marzenie, a marzenie w plan! 

*** 

Stoimy na zielonej kępie, spoglądamy na sosny. Z bliska jeszcze piękniejsze. Przed nami najwspanialszy widok na całe jezioro! Natura stworzyła tu naturalny taras, prawie półwysep, otoczony wodą i polem. 

Tak, wiem. Wcale nie będzie to takie łatwe, ale… kto wie? Może jeszcze w tym roku uda się nam tu obejrzeć zachód słońca, a potem zasnąć? I obudzić następnego dnia o świcie, by przecierać oczy z niedowierzania? Pewnie trzeba będzie się uszczypnąć, żeby uwierzyć! 

A może potem, na starość, rzucimy wszystko w pioruny, wybudujemy sobie tu domek i będziemy żyli długo i szczęśliwie? 

Wyrosły mi skrzydła! 

I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu stąd uciekałam!  

 

 

About the author

Comments

  1. Trzymam kciuki, brzmi tak sielsko i świeżo!
    Ja już znalazłam kilkanaście miejsc, w których bym bardzo chętnie postawiła domek weekendowo-wakacyjny, ale swojego miejsca na stałe jeszcze szukam 🙂

  2. Przyroda ma to do siebie, że potrafi tworzyć miejsca, o których nie śniło się architektom krajobrazu czy impresjonistycznym malarzom. Mam kilka miejsc w Polsce czy na Bałkanach, w których chętnie stworzyłabym moją samotnię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *