Sielsko mi

Sielsko mi. Siedzę w wysokiej trawie nad brzegiem jeziora. Wokół tylko lasy i pola, brak żywej duszy. Na drugim brzegu łabędź z gracją czyści pióra, dwie kaczki niespiesznie płyną wzdłuż trzcin, co jakiś czas w wodzie znienacka pluśnie ryba, wywołując na powierzchni wody łagodnie rozchodzące się kręgi. Zasłuchuję się w szumie wiatru, śpiewie ptaków i brzęczeniu owadów. Łapię się na tym, że tracę rachubę czasu leżąc na plecach i gapiąc się na leniwie przepływające nad taflą jeziora obłoki. W końcu zbieram się i ruszam przed siebie, piaszczystą, polną drogą, biegnącą pomiędzy łanami zbóż…

Uśmiecham się do siebie na myśl, ileż to razy stąd uciekałam. Ile gotowa byłam oddać, aby pola i łąki zamienić na betonową pustynię, krzyczące neony, kina i teatry. Przecież tu nic nie ma – powtarzałam sobie uparcie, przeklinając wieś. A teraz to NIC pociąga mnie najbardziej na świecie. Za tym NICZYM tęsknię, gdy duszę się miejskiej chmurze spalin. Czasami marzy mi się choć kilka minut ciszy i spokoju zamiast zgiełku i pędu. Albo chociaż kilka haustów wiejskiego powietrza, przesyconego zapachem traw, lasu, czy, jak teraz, dojrzewających zbóż…

Ilekroć tu wracam, wybieram się na spacer pośród pól. Za każdym razem towarzyszy mi nieodparte wrażenie, że to wszystko w danym momencie jest tylko dla mnie. Otacza mnie ogromna, piękna przestrzeń, a ja nie muszę się nią z nikim dzielić, bo zazwyczaj nikogo nie spotykam podczas takich wędrówek. Uwielbiam iść i milczeć, nie mieć planu i spontanicznie decydować, w którą stronę skręcić,  napawać się tak cudownymi okolicznościami przyrody.

W takich chwilach ze zdumieniem zastanawiam się, jak mogłam nie doceniać wyjątkowości tego miejsca. Może to dawne priorytety założyły mi klapki na oczy i pognały na oślep pomiędzy wieżowce i markety? Przez długie lata patrzyłam na znajome miejsca bez jakichkolwiek uczuć, znużona monotonnym, jak wtedy sądziłam, krajobrazem. To życie jest takie przewrotne, czy może my sami? Święta prawda, że najpierw trzeba coś stracić, żeby potrafić to docenić.

Dopiero, kiedy udało mi się ująć wszystkie te miejsca w kadry i spojrzeć na nie z boku, jakby cudzymi oczami, dostrzegłam w nich to, za czym tak bardzo tęsknię w mieście – wolność, naturę, harmonię, spokój, ciszę. Nie różnią się prawie niczym od tych, które z radością wyszukuję na mapie Polski, by potem zachwycać się spokojem i pięknem, jakie oferują. Prawie, bo te znalezione, choć piękne, to jednak obce, bardziej czyjeś niż moje. A tutaj znam każdy kamyk, każdą dziurę, nawet z zamkniętymi oczami wiem dokładnie, kiedy zmienić przerzutkę w rowerze, bo za sekundę droga zacznie łagodnie piąć się pod górę, wiem, za ile sekund zza zakrętu wyłoni się znajome drzewo…

I tak, jak kiedyś żelaznym postanowieniem było uciec, tak teraz nie mogę się doczekać powrotu. Swojego kawałka ziemi, swojego małego świata, dającego wytchnienie, pozwalającego złapać oddech. Widzę go już, gdy zamknę oczy… Wiem, że istnieje i czeka na mnie. Czeka, aż go odkryję.

Udostępnij

3 thoughts on “Sielsko mi”

  1. Bo człowiek zawsze chce to, czego akurat nie ma. Moja mama w młodości bujne loki prasowała żelazkiem, a koleżanki spały w wałkach na głowie. 😉
    Piękne te twoje rodzinne strony, ja jestem wychowana w mieście i lubię miasto. Wieś zachwyca mnie na krótki czas, ale zachwyca na szczęście… nie jest ze mną aż tak źle. 🙂

  2. Ojej, moje miejsca! No jasne,że poznaję!Najlepsze miejsce pod słońcem do życia. Moje miejsce… Twoje też… I w dodatku pełne wspomnień…☺

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *