Siłaczki

Udostępnij

Anna

 

Pojawia się w biurze z dnia na dzień. Szczuplutka, niska, drobna kobietka. Nie jestem dobra w określaniu wieku, ale mogła już skończyć sześćdziesiątkę. Porusza się po naszym biurze dość niepewnie, a równocześnie z prędkością światła. Błyskawicznie opróżnia kosze na śmieci, przeciera nasze biurka. Jest wyraźnie skrępowana tym, że trudno jej się z nami dogadać. W końcu nie każdy zna ukraiński. Wszędzie jej pełno, jest bardzo energiczna i odrobinę roztargniona – codziennie coś u nas zostawia. A to płyn do szyb, a to ścierki, a to wiadro z wodą. Któregoś dnia zagaduję do niej po rosyjsku, a na jej twarzy pojawia się promienny uśmiech. Kilka dni później jesteśmy w biurze same. Ona krząta się w gabinecie, a ja przystaję obok i zaczynamy rozmawiać.

Anna jest w Polsce od kilku miesięcy, za kilka dni powinna dostać Kartę Pobytu. Wszystko jest na dobrej drodze, dokumenty złożone, komisja odwiedziła ją w pracy i w wynajmowanym z innymi domku jednorodzinnym. Anna pochodzi z Ługańska. Wyjechała z powodu wojny. Mówi, że tam nie ma do czego wracać. Że takie życie to piekło. Oczywiście tęskni za krajem, za rodziną, ale o powrocie na stałe nie może być mowy. Jej mąż jest wojskowym, od piętnastu lat mieszka w Rosji. Żyją ze sobą na odległość, ale, jak mówi, relacje mają dobre. Jej syn, młody chłopak, wolał zostać na Ukrainie. Między wybuchami bomb i świstem kul próbował ułożyć swoje życie. Anna przez 25 lat była prawą ręką prezydenta Ługańska. Zarządzała ludźmi, obiektami, finansami. Ma ogromną wiedzę i doświadczenie. Odkąd wyjechała, jej domu doglądają sąsiedzi. Dopiero z bliska widzę, że pod służbową koszulką świecą się białe perełki, jedyny ślad po wcześniejszym życiu.

 

Olga

Poznaję ją w salonie kosmetycznym. Ma śliczną twarz, jest drobna i szczerze uśmiechnięta.  Bardzo dobrze mówi po polsku, choć śpiewnego zaciągania nie da się nie usłyszeć. Po kilku minutach dopytuję o jej pochodzenie.

Olga pochodzi z Doniecka, ale od roku mieszka w Polsce. Skończyła medycynę, jest pediatrą. Z kraju uciekała przed wojną. Pewnego dnia jej dom po prostu zniknął, zamienił się w gruzowisko. Niestety jej kwalifikacje nie zostały w Polsce uznane, więc chwytała się wszystkich możliwych zajęć, nie wymagających dobrej znajomości języka – sprzątała dworzec, pracowała na taśmie w wytwórni ryb, potem w fabryce kosmetyków. Na szczęście w trakcie studiów zrobiła kurs kosmetyczny, więc gdy tylko nauczyła się płynnie mówić po polsku, rozniosła swoje CV po salonach. Udało się. Wynagrodzenie jest niewielkie, z ledwością wystarcza na utrzymanie się, więc po godzinach dorabia sprzątając.

Olga ma pięcioletnią córeczkę, została z ojcem na Ukrainie. Wirtualnie widują się codziennie za pośrednictwem skype’a, w rzeczywistości spotykają się co kilka tygodni. Oczy Olgi smutnieją i zachodzą mgłą, gdy o tym mówi. Chce ściągnąć małą do Polski, jak tylko uda się jej znaleźć porządną pracę. Opowiada mi o egzaminach, które musi zdać, by móc pracować u nas jako lekarz.

Olga biegle posługuje się językiem rosyjskim i angielskim, więc zostawiam jej na miary na firmę, poszukującą pracowników ze znajomością języków obcych. Po dwóch tygodniach na moją skrzynkę wpada radosny mail – dostała pracę, ale nie rezygnuje z dodatkowych godzin w salonie kosmetycznym. Sprowadzenie córki do Polski wydaje się być teraz bardzo realne.

 

Oksana

Dostrzegam ją z daleka. Stoi na środku placu i z desperacją zaczepia kolejnych przechodniów. Jedni omijają ją szerokim łukiem, inni przystają na chwilę, zaglądają w jej wyświechtany notesik i próbują coś wytłumaczyć, wspomagając się energiczną gestykulacją. Po chwili jednak wzruszają ramionami i odchodzą. Chwyta moje spojrzenie, więc podchodzę. Wydaje się być zupełnie zrezygnowana i bezradna. Mieszanką języków, jakiej do tej pory nie słyszałam, pyta mnie o adres, drżącą ręką zapisany w notesiku. Wychwytuję twarde ukraińskie dźwięki, więc próbuję po rosyjsku. Na wschodzie Ukrainy wszyscy nawet jeśli się nim nie posługują, to doskonale rozumieją.

Oksana, sporo po sześćdziesiątce, jest w Polsce od trzech miesięcy. Jej rodzina uciekła spod Doniecka na zachód Ukrainy, ale nie jest im łatwo. Wiele stracili w wyniku walk, więc wyjechała do Polski, żeby trochę dorobić na operację syna. Na Ukrainie za wszystko trzeba zapłacić, bez względu na opłacane składki ubezpieczeniowe. Pośrednik obiecywał dobrą pracę w Warszawie, ale jak to często bywa, w Warszawie żadna praca na nią nie czekała. Z koleżanką przyjechały do Bydgoszczy, przez dwa miesiące pracowały w przetwórni, a potem obie z dnia na dzień zostały zwolnione. Koleżanka wróciła do Warszawy, Oksana została ze względu na wygasającą za kilka tygodni wizę. Złapała kilka małych zleceń, a teraz próbuje odnaleźć drogę do agencji, która ma się z nią rozliczyć za pracę z ostatnich tygodni. Pośrednika widziała tylko raz.

Czy mimo całej niepewności sytuacji zamierza wrócić? Tak. W zasadzie nie ma innego wyjścia.

 

Czasami wracam myślami do tych spotkań. Lubię myśleć, że wszystko u nich dobrze. Takie siłaczki, zmagające się z codziennością, walczące o siebie i swoje rodziny, spotykamy codziennie. Najprawdopodobniej po prostu ich nie zauważamy, mijamy na ulicy, w sklepie, na dworcach. Zdarza się, że los daje nam szansę na więcej – na spojrzenie w oczy i krótką rozmowę. Pełną niedopowiedzeń i znaków zapytania. Za te spotkania jestem losowi bardzo wdzięczna.

17 thoughts on “Siłaczki”

  1. Pracowałam kiedyś z wieloma kobietami z Kazachstanu. Najśmieszniejsze jest to, że w miejscu pracy nie wolno nam było mówić po rosyjsku, tylko po niemiecku. Oczywiście cichaczem łamałyśmy ten zakaz i ja go doskonale rozumiem, ale mimo to pamiętam ich pierwsze reakcje na fakt, że znam rosyjski: ,,Oho, trzeba będzie uważać na to, co się mówi”. Nie powiem, nie było mi fajnie. Po raz pierwszy spotkałam się z taką reakcją. Pierwszy i na szczęście ostatni.

  2. Determinacja i wola walki o lepsze życie tych kobiet jest tak wielka że nie jeden mężczyzna poddałby się. Czasami wydaje mi sie że kobiety sa wstanie wiecej znieść.

  3. Nie zauważamy, bo my żyjemy w swoim bezpiecznym świecie, a one balansują na granicy bytu i niebytu, bliskości rodziny i głębokiej samotności, poczucia wielkiej niesprawiedliwości losu i walki o poczucie sensu.
    Bądźmy uważniejsi.
    Pięknie to opisałaś, a historie tych kobiet dają wiele do myślenia. Nazwa tego bloga w 100% oddaje jego charakter!

    1. Czasami aż mi źle, że ja żyję w moim bezpiecznym świecie, gdy ktoś inny zmaga się z takimi trudnościami… Nie potrafię przejść obojętnie, z drugiej jednak strony niewiele mogę zdziałać… zgadzam się z Tobą – musimy być uważniejsi, zamiast skupiać się tylko na sobie.

  4. Wiesz,tak sobie myślę,że takich siłaczek wokół nas jest bardzo dużo…I to nie tylko kobiety,które przyjechały do nas za chlebem,pracują za grosze,ukrywając głęboko dyplom wyższej uczelni…To też matki,walczące o zdrowie swoich chorych dzieci.To kobiety, z trudem wiążące koniec z końcem,ale walczące o to aby zapewnić byt własnym dzieciom. A te kobiety,o których piszesz,łączy nie tylko determinacja,ale ogromna odwaga…Siłaczki…

    1. Masz rację… Podziwiam je wszystkie. To wszystko wydaje się być tak normalne i naturalne, że na co dzień przestajemy zauważać i doceniać ich wysiłek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *