Słoneczna majówka w Karkonoszach

Radośnie wstajemy skoro świt. Tym razem nawet budzik nam nie straszny. Pospiesznie pakujemy się do auta i zaczynamy odliczać kilometry do celu naszej podróży. Z godziny na godzinę coraz bardziej oślepia nas majowe słońce, a my z podekscytowaniem obserwujemy zmieniający się krajobraz – stopniowo rozległe niziny ustępują miejsca wzniesieniom i pagórkom. Mijamy żółte po horyzont pola kwitnącego rzepaku. Po wielu godzinach podróży, droga robi się coraz bardziej kręta, a na horyzoncie powoli i trochę nieśmiało rysują się góry. Piszczymy z entuzjazmem na widok wciąż ośnieżonego szczytu, zdecydowanie wznoszącego się wyżej innych. Czyżby to już Śnieżka? Liczba kilometrów dzielących nas od Karpacza obiecująco topnieje…

Jesteśmy na miejscu! Zatrzymujemy się na parkingu w centrum miasteczka, który wznosi się nad malowniczą okolicą, pozwalając podziwiać niesamowity widok. Wysiadamy i… zaczyna się nam kręcić w głowach od wiosennego, górskiego powietrza, przesyconego zapachem świeżej zieleni, kwitnących drzew i wilgotnej ziemi.

Karpacz wita nas ciepło i wiosennie. Jeszcze tego samego popołudnia zaopatrujemy się w sklepie na czekające nas górskie wycieczki, spacerujemy po miasteczku, odwiedzamy też lokalny punkt informacji, by dowiedzieć się, które szlaki są wciąż zamknięte z powodu oblodzeń i resztek śniegu. Meldujemy się w Willi Monali i z zachwytem odkrywamy, że z okna mamy widok na Śnieżkę!

Widok z okna na Śnieżkę

Po kolacji udajemy się na spacer po okolicy. Ku naszej radości, z pensjonatu wychodzi się wprost na Krucze Skały, które odtąd ze względu na oferowany widok, stają się naszym ulubionym miejscem w Karpaczu, w które będziemy wracać każdego wieczora po górskich wędrówkach, by napawać się krajobrazem, ciszą i zapachami.

Następnego dnia budzimy się z lekką dezorientacją, charakterystyczną dla częstych zmian noclegu – na sekundę zapominamy, gdzie właściwie się znajdujemy. Widok ośnieżonych szczytów za oknem przywraca nam pamięć i wywołuje szeroki uśmiech na twarzy. Zapowiada się piękny, słoneczny dzień, więc zaraz po śniadaniu pakujemy plecaki i wyruszamy w drogę. Naszym celem jest Kościół Wang, oddalony prawie o 7 km od naszego pensjonatu.

Mapa naszej wędrówki przez Karpacz

Wędrowanie po Karpaczu nie należy do najprostszych ze względu na trudny teren i strome podejścia. Mimo to nie ułatwiamy sobie trasy, rozpoczynając marsz od zejścia z Kruczych Skał, co sprawia nam ogromną frajdę, choć przysparza też sporo wysiłku. 🙂 U ich podnóża na chwilę przysiadamy na kładce nad rzeczką Płonnicą, częstującą nas orzeźwiającym chłodem kamieni i zapachem lasu.

Płonnica

Zanim docieramy do Kościółka Wang, zwiedzamy centrum Karpacza, zatrzymujemy się na pyszną kawę na deptaku, rokoszując się panoramą gór. Zahaczamy również o Wodospad oraz Zaporę na Łomnicy. I znowu rozkoszujemy się chłodnym, wilgotnym powietrzem!

Świątynia Wang to cenny zabytek architektury Wikingów, zbudowany na przełomie XII i XIII wieku w Norwegii. W XIX w. kościół okazał się być za mały dla lokalnej ludności, dodatkowo wymagał poważnych napraw, więc został sprzedany królowi pruskiemu, Fryderykowi Wilhelmowi IV, a następnie rozebrany na części i przewieziony w skrzyniach do Szczecina. Dopiero w 1842 roku, dzięki inicjatywie Fryderyki von Reden, zapadła decyzja o postawieniu świątyni w Karkonoszach.  Od tamtej pory Wang jest niewątpliwie jedną z największych atrakcji Karpacza. Świątynię otacza przepiękny ogród, emanujący spokojem i magią minionych wieków.

Około południa podejmujemy decyzję, której mam mocno żałować w ciągu następnych godzin – wspinamy się na Śnieżkę. Niestety ze względu na pozostałości śniegu i lodu, dla turystów dostępny jest tylko Czarny Szlak, do którego musimy się trochę cofnąć. Czarny Szlak co prawda jest najkrótszą drogą na Śnieżkę (6km), ale w związku z tym najbardziej wymagającą i stromą. Podejście do Białego Jaru jest długie, bardzo strome, męczące i trochę monotonne, ze względu na otaczające drogę gęste lasy, przesłaniające wszystkie widoki. Trudy wędrówki wynagrodzone zostają dopiero po dłuższym czasie, kiedy to szlak wydostaje się ponad granicę lasu…

Ostatni etap podejścia do Białego Jaru

Nie mam pojęcia, ile razy w trakcie wspinaczki chcę dać za wygraną i zawrócić, ale na pewno jest ich sporo. Szczerze mówiąc, jesteśmy na tyle zmęczeni samą wędrówką do Świątyni Wang, że w nogach czujemy każdy kolejny krok, stawiany z wysiłkiem.

Oczywiście nasza tułaczka, bo z pewnością nie jest to uroczy spacer, obfituje w przyjemne wydarzenia, które na długo pozostają w naszej pamięci. Jednym z nich jest drugie śniadanie na łonie natury nad Dzikim Wodospadem – szum przelewającej się wody, śpiew ptaków i czyste powietrze… I my, rozłożeni na kamieniach i pniu powalonego drzewa.

Dziki Wodospad

Równie niezapomniana wydaje się być rozmowa z parą staruszków, Niemców, powoli pokonujących jeden z najłagodniejszych odcinków trasy ponad Białym Jarem (dotarli do niego wyciągiem spod Kopy). Oboje wyglądają na 65-70 lat. Ona – niezbyt sprawna, z trudem poruszająca się o lasce, on – z miłością i cierpliwością służący jej ramieniem. Oboje uśmiechnięci od ucha do ucha, czerpiący radość z tej wspólnej wyprawy, która zdaje się być walką z samym sobą.

Na trasie spotykamy tylko jedną parę, z którą co chwila wzajemnie się wyprzedzamy, ale też wspieramy i motywujemy do dalszej wędrówki. Spotykamy się później w obserwatorium na zasłużonej kawie.

Obserwatorium na Śnieżce

Ostatni odcinek, strome podejście na szczyt, jest morderczy. Podejście stanowią pionowe, kamienne schody, w tym momencie pokryte lodem i wartko spływającymi strużkami wody. Po dotarciu na Śnieżkę dosłownie padam na pysk, ale czuję też rozpierającą mnie dumę i radość, że dałam radę, nie odpuściłam, nie zawróciłam. Nie pozostaje mi nic innego, jak napawanie się widokami, rozciągającymi się po polskiej i czeskiej stronie Karkonoszy. Jestem tak zmęczona, że marzy mi się teleportacja na dół…

Po pokonaniu prawie 13 km ciągłej wspinaczki, schodzimy Drogą Milenijną na Kopę, a stamtąd już zjeżdżamy wyciągiem do podnóża góry. Mamy niezłego farta – udaje się nam zdążyć na ostatni kurs! Ale… przed nami jeszcze 6 km marszu do pensjonatu…. Wystarcza nam jednak sił, by wspiąć się pod Krucze Skały, a potem na bezdechu opadamy na rozgrzanych skałach, w milczeniu obserwując zachód słońca i chmury pędzące ponad szczytami… Udaje się nam nawet załapać na kolację, po której błyskawicznie zasypiamy….


W 2015 roku spędziliśmy w Karpaczu 3 dni, od 3 maja rozpoczynając. Ogromny plusem wyjazdu w takim terminie jest prawie absolutny brak turystów! Na szlakach spotykaliśmy pojedyncze osoby, a miasteczko było jeszcze trochę ospałe w oczekiwaniu na pełnię sezonu. Tego dnia przemaszerowaliśmy łącznie ok. 23-25 km, a zakwasy następnego dnia nie pozwalały zejść z łóżka 🙂

W kolejnych dniach pogoda również nam sprzyjała (temp. w szczytowych godzinach osiągała ok. 20°C), więc czas spędziliśmy bardzo aktywnie, wędrując m. in. do Sowiej Przełęczy, zwiedzając kościoły w miasteczku, podążając wzdłuż Łomnicy i odkrywając mniej znane zakątki Karpacza, których nie ma na mapach turystycznych. Każdy dzień rozpoczynał się i kończył tak samo – spacerem na Krucze Skały, a więc podziwianiem panoramy gór oraz rozpostartego u ich podnóża miasteczka.

Ostatni raz na Kruczych Skałach. Pożegnanie z Karkonoszami

Maj to idealny moment na odkrycie gór w ich świeżej, wiosennej szacie. Pogoda jest kapryśna, więc trudno wcześniej przewidzieć, czy wszystkie szlaki będą dostępne dla turystów. Część z nich jest pozamykana nie tylko ze względu na pozostałości po zimie – maj to okres godowy ptaków, w tym chronionych cietrzewi.

Nigdy nie zapomnę smaku lokalnych specjałów, w tym pierożków podgórzyńskich, które odkryliśmy w Dworze Liczyrzepy. Jak się później okazało, Karkonosze rozkochały nas w sobie, więc wróciliśmy w nie rok później, na kolejną majówkę…

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *