Spotkanie po pół wieku

Zimny marcowy dzień. W tym roku pogoda zdecydowanie nas nie rozpieszcza, jakby postanowiła zapomnieć o wiośnie. Kulę się pod płaszczem, smagana zimnymi podmuchami wiatru na peronie PKP. Pociąg ma opóźnienie, a jego przyjazd odwleka się w nieskończoność, więc zaczynam mieć wrażenie, że powoli zapuszczam korzenie w popękaną betonową płytę. Nagle na chwilę zapominam o całym tym zimnie i irytacji…

Podchodzi do mnie starszy mężczyzna w długim, szarym płaszczu i eleganckim kapeluszu. Z kieszeni wyciąga smartfona i nieśmiało pyta, czy pomogę mu wysłać smsa. Zaskoczona zgadzam się bez wahania, na co nieznajomy z drugiej kieszeni wyjmuje wymiętą kartkę z odręcznymi notatkami. Okazuje się, że wcześniej przygotował już treść smsa, ale nie bardzo radzi sobie ze smartfonem…

Wiadomość jest na tyle osobista, że czuję się jak intruz pomiędzy dwojgiem ludzi. Mam wrażenie, że z każdym kolejnym wersem rumienię się coraz mocniej. Sms adresowany jest do Róży, a zawiera odrobinę staroświeckie życzenia urodzinowe. Staroświeckie w najlepszym tego słowa znaczeniu – napisane zapomnianą polszczyzną, niezwykle uprzejme i… romantyczne.

Pan Jan, bo tak właśnie ma na imię, z szerokim uśmiechem i ulgą dziękuje mi za przysługę, jakby była to dla niego sprawa życia i śmierci. Pociąg wciąż nie nadjeżdża, więc mężczyzna zaczyna opowiadać mi swoją historię…

Ma dokładnie 70 lat, pochodzi z Warszawy. W latach ’60 na Politechnice Warszawskiej poznał Zbyszka, który stał się jego najlepszym przyjacielem. Nie miał rodzeństwa, więc chłopak był dla niego jak brat – stali się nierozłączni na studiach i poza nimi. Wkrótce okazało się, że Zbyszek ma o trzy lata młodszą siostrę, Różę. Pan Jan wspomina, że to była miłość od pierwszego wejrzenia. Któregoś razu wpadł po Zbyszka przed zajęciami, ale drzwi mieszkania otworzyła właśnie ona – podobno patrzyli na siebie przez kilka minut bez słowa. Później i oni stali się nierozłączni, zakochani w sobie bez pamięci. Po dwóch latach sielankowej miłości stało się coś strasznego – Zbyszek zginął w wypadku samochodowym. To wydarzenie scementowało ich związek i jeszcze bardziej do siebie zbliżyło. Ona straciła ukochanego brata, on – najlepszego przyjaciela.

Rok 1968 był burzliwym rokiem studenckich strajków i protestów. Pan Jan stronił od polityki, ale ojciec Róży działał w opozycji, jeszcze intensywniej po stracie syna – miał być zamieszany w organizację studenckiego ruchu oporu. Komuniści nie pozostawili mu wyboru – w ciągu kilku dni ojciec dziewczyny został zmuszony do opuszczenia kraju wraz z rodziną. Dla p. Jana i Róży taka decyzja brzmiała jak wyrok. Wiedział tylko, że jego ukochana wyjeżdża do Francji, gdzie mieszkała jej ciocia. Zdążyli się pożegnać, a potem słuch po niej zaginął.

Pan Jan, przez wzgląd na Różę i ich miłość, przez całe lata opiekował się grobem Zbyszka. Nie zaprzestał tego nawet po ślubie z Marią, którą poznał kilka lat później w pracy. Ich małżeństwo było udane i szczęśliwe, choć p. Jan przyznaje, że nie kochał Marii tak, jak Róży. Maria zmarła kilka lat temu z powodu nowotworu. Pozostali mu dwaj synowie, którzy założyli własne rodziny oraz pamięć o Róży, której nigdy nie udało mu się odnaleźć.

Dalsza część tej historii jest naprawdę niewiarygodna.

Pierwszego listopada, we Wszystkich Świętych, pierwszy raz przy grobie Zbyszka zauważył jakąś kobietę, która w dodatku zaprowadzała swoje porządki, wyrzucając z grobu pozostawione przez niego znicze. Oburzył się i niezbyt grzecznie zwrócił jej uwagę, na co ona, równie oburzona, odwróciła się do niego, by odpowiedzieć na obelgi… I znowu patrzyli na siebie kilka minut w milczeniu, tym razem z niepewnością i niedowierzaniem… To była właśnie Róża.

Tego dnia spotkali się na kawie. Okazało się, że Róża od czasu wyjazdu z Polski mieszkała w Paryżu, gdzie poznała swojego przyszłego męża. Kiedy ich dzieci dorosły, wielokrotnie chciała odwiedzić ojczyznę, ale zawsze coś stawało jej na przeszkodzie. Później on ciężko zachorował, więc ostatnie lata małżeństwa poświęciła opiece nad mężem, odkładając tym samym marzenia o powrocie do Polski. Po dwóch latach od jego śmierci w końcu zdobyła się na odwagę.

Po wspólnej kawie wymienili się numerami telefonów. Ona wyjechała do Paryża, od został w Warszawie. Od tamtej pory się nie widzieli, za to często do siebie telefonowali.

Pan Jan z nadzieją w głosie wspomina, że mają spotkać się ponownie za dwa tygodnie… Róża przyjedzie do Warszawy. Kto wie, może nawet na stałe? Dzieci ma już dorosłe, świetnie sobie radzą, a ona czuje się samotna z dala od rodzinnych stron i ojczyzny. Coś mi się jednak wydaje, że za tymi słowami kryje się coś więcej. Może obietnica wspólnego życia? Słucham tej historii w zamyśleniu i ze wzruszeniem. Wydaje mi się nierzeczywista, a jednak nie mam powodów, by w nią nie wierzyć. Nagle dzwoni telefon – To mój syn – mówi p. Jan. – Jeszcze raz bardzo dziękuję za pomoc! ­– rzuca na pożegnanie i odchodzi ze smartfonem przy uchu.

Zostawia mnie tak nagle, jak nagle się pojawia. On odchodzi beztrosko, walcząc ze zdobyczą techniki, a ja, zaskoczona całą sytuacją, biję się z myślami i pytaniami, których nie zdążyłam mu zadać.

Ten obcy człowiek z niespotykaną szczerością podzielił się ze mną niezwykłą historią młodzieńczej miłości, która w jego sercu przetrwała 50 lat. Czy współcześnie miłość wciąż jest w stanie tyle przetrwać?

Udostępnij

8 thoughts on “Spotkanie po pół wieku”

  1. Jejku, niewiarygodne wręcz. Ja kilka miesięcy temu miałam podobną sytuację. Miałam problemy z moim chłopakiem (obecnie byłym), w związku z tym z rozpaczy poszłam do kościoła na mszę dla… zakochanych. A obok mnie usiadł starszy pan, zapytał mnie dlaczego jestem smutna. Opowiedział mi o Marysi – jego żonie i miłości jego życia. Pokazał, na czym polega prawdziwa miłość. Nigdy więcej już go nie spotkałam, ale czuję, że to był Anioł.

    1. Jestem pewna, że takie spotkania zawsze są po coś i zostawiają w nas na długo ślad. 🙂 Żyjemy w czasach dość obojętnych, więc zawsze jestem w szoku, kiedy ktoś tak nagle i bezpośrednio zaczyna opowiadać mi o swoim życiu. Za to po kilku minutach ta osoba wydaje mi się być bliższa niż wielu znajomych. Jestem losowi bardzo wdzięczna za tego typu spotkania, są niezwykłe.

    1. W tym przypadku nie jestem autorką zdjęcia 🙂 Też uważam to za niezwykłe… Może wystarczy zwolnić i otworzyć się na innych ludzi, by poznać więcej takich historii? Pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *