TAM I WTEDY

Udostępnij

I znowu mi się to przydarzyło! A było już tak dobrze, całkiem nieźle mi szło…

Jeszcze półtora tygodnia temu rozkoszowałam się pustką w głowie. Urlopowy czas spędzałam z dala od miasta, wśród pól i łąk, lasów i bagien, rzek i rozlewisk… Może to kilkuset kilometrowa odległość od domu, może lokalny folklor, a może urywający głowę wiatr zdołały sprawić, że zupełnie zapomniałam o codzienności, pracy i rachunkach. Udało mi się być TU i TERAZ, a właściwie TAM i WTEDY, bez wybiegania myślami w przyszłość, planowania lub rozpamiętywania przeszłości. Udało mi się być tam UWAŻNIE, skupić się podmuchach wiatru na twarzy, zapachach i dźwiękach… Żyłam chwilą, w pełni świadoma tego, co dzieje się obok. Ach, jak było mi z tym cudownie! Tak lekko i przyjemnie, tak twórczo i rześko! Czułam, że żyję. I to dosłownie.

Pourlopowe powroty do rzeczywistości bywają bolesne i brutalne. Znowu budzik, trzeba wstać do pracy, zrobić śniadanie… Jak żal, że pyszne śniadania pani Walentyny to tylko wspomnienie! W ciągu jednego dnia człowiek zapomina, że gdzieś był, wyrwał się z tej matni. Wszyscy z radością przyklaskują powrotowi. Mówią, że tęsknili – jak dobrze, że już jestem. A cóż mają powiedzieć? Wrócę, zabiorę przekazane obowiązki na swoje biurko i wszystko wróci do poprzedniego ładu. Ktoś tam pewnie i tęsknił, i to całkiem szczerze, ale cóż z tego?

Następnego dnia zaczynam odczuwać, że rzeczywistość mnie uwiera. Smętnie patrzę na komputer i czuję, jak się duszę. Duchem nieobecna, ciało nieposłuszne, stawia opór w powrocie na osiem godzin za biurko. Szybko dochodzę do wniosku, że wolałabym jak wolny ptak szwendać się po świecie i nie wracać do pracy. A może by tak rzucić to wszystko? Wyjechać gdzieś? Zacząć od nowa?

Tak właśnie mijają kolejne dni i ani się obejrzałam, a od powrotu minęło półtora tygodnia… Ze zdumienia przecieram oczy i zastanawiam się, gdzie ten czas? Co właściwie robiłam przez ostatnie dni?

Hmmm… jakby…. Nic? Pustka w głowie… Coś wartego zapamiętania?

Leżę dziś sobie w trawie i gapię się w niebo. Zastanawiam się nad jutrem, nad kolejnym urlopem, na zmianę to rozpamiętując minione, to planując przyszłość. Z odrętwienia budzi mnie psia ślina na policzku i bolesny ucisk żołądka, na którym z rozpędu beztrosko ląduje Luśka. Co ja właściwie wyprawiam? Jest piękne, słoneczne popołudnie. Leżę na polanie wśród drzew, wysokie trawy łaskoczą mnie po kostkach. Pachnie rozgrzaną ziemią i lasem. Przyjemny wiatr niesie zapowiedź ciepłego wieczoru. W tych okolicznościach mogłoby się wydawać, że mam wszystko, czego mi potrzeba, a jednak zupełnie tego nie czuję… Nie potrafię… Jestem myślami gdzieś hen, daleko, przesypiając kolejną wspaniałą chwilę, która, zamiast karmić mnie tęsknotą za urlopem, równie dobrze mogłaby naładować baterie po korek na kolejne dni. Wyłączyłam zmysły, pozwoliłam pędzącym myślom przejąć kontrolę nad ciałem…

Dlaczego BYCIE tu i teraz, fizyczne i duchowe, jest takie trudne? Można się na to jakoś zaprogramować? Co jakiś czas wypadam z tych torów, gubiąc po drodze cenny czas i niepowtarzalne chwile…

Na szczęście zdarzają się też kubły zimnej wody pod różnymi postaciami, które skutecznie pomagają włączyć się do życia…

Nauczyć się przestać gonić,  to moje marzenie…

 

4 thoughts on “TAM I WTEDY”

  1. Bycie uważnym jest trudne, wymaga treningu. Ja przez jakiś czas trenowałam i były efekty… potem znów pożarł mnie wir śnienia na jawie własnego życia. Teraz dbam o momenty uważności, choćby drobne chwile. Popracuj nad jakimś prostym gestem, który będzie cię sprowadzał na momentu – tu i teraz. Lub symbol… sznurkowa bransoletka na nadgarstku, jakiś jeden konkretny pierościonek.
    Ja mam gest i działa. 🙂
    Pozdrawiam.
    Pięknie napisany post… poezja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *