Wstyd mi

Jak my się pięknie i soczyście nienawidzimy! Jak prostacko zalewamy się chamstwem, z jaką satysfakcją sączymy innym jad za kołnierze. Konsekwentnie i precyzyjnie wbijamy sobie szpile między żebra! Jestem pełna podziwu, naprawdę. Tak pięknie dajemy się zmanipulować i podzielić, że nic, tylko bić brawo.  

Grupa facebookowiczów poświęcona Bieszczadom. Takie przydatne miejsce, w którym można na szybko znaleźć nocleg, zapytać o szlaki, polecić restauracje, podzielić się zdjęciami. Bomba, prawda? Faktycznie, zdjęć budzących tęsknotę za tym dzikim skrawkiem ziemi nie brak, aż miło popatrzeć. Pojawia się tu jednak również sporo pytań, w tym to o restauracje, do których można wejść z psem. No i się zaczyna. 

Z psem? Na głowę upadłaś? Idź się leczyć! Jak chcesz jeść z psem, to idź do jego budy.  

Do budy powiadasz? A w czym ci pies przeszkadza? Robi mniej hałasu niż twoje bachory, które się wiecznie drą! 

Jak można psa porównać do ludzi? 

Niech no tylko Sanepid się dowie…! 

 Rzeczowa odpowiedź na zadane w poście pytanie pojawia się kilkadziesiąt komentarzy niżej. 

Autobus miejski, kilkanaście minut po ósmej. Zatłoczony. Bardzo. Nie trzeba być geniuszem, by dojść do prostego wniosku, wystarczy spojrzeć na zegarek – o jeden autobus za mało, spóźniają się po 15 minut. Ledwie się wciskam, czego po chwili zaczynam żałować. 

Matko, jak gorąco! No zaraz nie wytrzymam! Czy oni wszyscy muszą jeździć autobusem? Bardzo proszę, rowerem albo pieszo. A bo to taki problem pójść na nogach? Tacy wszyscy wygodni! 

Słowa wypluwa z siebie starsza pani z norką na ramieniu, ostentacyjnie rozluźniając szal okręcony aż pod nos. 

Starówka,

czekam. Oho, z naprzeciwka nadciąga starszy jegomość, przewiercający mnie spojrzeniem. Odwracam głowę, chcąc uniknąć nieuniknionego, ale najwyraźniej nie mam na to najmniejszych szans. Zatrzymuje się koło mnie, obcina mnie krytycznym spojrzeniem, po czym obdarowuje cennym komentarzem: 

Oho, jeszcze pożałujesz tych dziur na kolanach! Zobaczysz, jak będziesz stara, co znaczy ból. Jak nie będziesz mogła chodzić. Młoda, to myśli, że wszystko jej wolno. Ha, nic z tego. Jeszcze za to zapłacisz. 

Nowy Rok. Filip Hajzer wrzuca na swoim profilu apel o pomoc w znalezieniu żony Hiszpana, który w Sylwestra na Placu Bankowym w Warszawie uległ wypadkowi i trafił do szpitala. Rozdzielił ich tłum, ona nie ma przy sobie żadnych dokumentów, komórki, pieniędzy.  

Pod postem:  

Podobnych historii z udziałem Polaków dziś w Warszawie jest pewnie więcej. Tylko że ci nasi to patologia (bo gościu połamany a laski brak) Ale w tym przypadku to są Hiszpanie i mają prawo. Dla Filipa +1 w nowym roku do fame. P.s. niech znajomy lekarz poda info o trzeźwości Juana.* 

Prawda, że pięknie się nienawidzimy? I jak szczodrze obdarowujemy się wzajemną niechęcią, niezadowoleniem i pogardą! Inni mogliby się od nas uczyć.

I cóż, jaki będzie ten Nowy Rok?

Okazuje się, że o jadzie zapominamy tylko na chwilę, mocno pijani, pod rozświetlonym fajerwerkami niebem, choć w tym roku i ono nas podzieliło.

No to jak – strzelać czy nie strzelać? Dołączyć na fejsie do grupy promującej troskę o zwierzęta i środowisko, czyli rezygnację z fajerwerków, czy może do tej drugiej, skandującej nie dajmy się zwariować? 

Okazuje się, że każdy powód jest dobry, by skoczyć sobie do gardeł, ot co. Tak nas pięknie podzielili ci na górze, przepychając się w walce o stołki. A my, owieczki, potraciliśmy rozumy. 

Życzę nam więc, Polakom, abyśmy ludzkim głosem przemawiali nie tylko w Wigilię.  

* zachowana oryginalna pisownia 

About the author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *