Z miłości?

Po raz pierwszy mam dylemat z wyborem prezentu ślubnego. Zwlekam z tym dosłownie do ostatniej chwili. W poniedziałek panna młoda lakonicznie potwierdza – wszystko aktualne, widzimy się w sobotę. Skoro tak, nie pozostaje mi nic innego, jak wybrać się na poszukiwanie upominku.

W księgarni jest tłoczno. Przeciskam się pomiędzy rodzinami, z opóźnieniem wybierającymi książki i przybory szkolne. W tym roku niepewność daje się odczuć na każdym kroku – trudno cokolwiek zaplanować z wyprzedzeniem, nawet rozpoczęcie roku szkolnego.

Zatrzymuję przed regałem z kartkami okolicznościowymi. Urodziny – nie, chrzest – nie, imieniny – również nie. O, są ślubne. Jest ich naprawdę sporo, od bardzo tradycyjnych, tych z obrączkami i gołębiami w roli głównej, po nowoczesne, subtelnie nawiązujące do tematyki. Są wyjątkowo piękne, ale wszystkie wewnątrz posiadają gotowe życzenia… Nawiązujące do miłości, oczywiście. Jedynej, prawdziwej, aż po grób. Tej z hymnu, która cierpliwa jest i nie zazdrości.

Miłości. A coś bardziej uniwersalnego…?


Sobota jest przepiękna. Wrześniowa pogoda nie zawodzi i w tym roku – z bezchmurnego nieba słońce posyła w naszym kierunku ciepłe promienie, podtrzymując złudzenie, że lato będzie trwało wiecznie. Wysiadam z auta i, w oczekiwaniu na młoda parę, wystawiam twarz ku słońcu. Mrużę oczy, a ciepłe podmuchy otulającego mnie wiatru przywodzą mi na myśl dzień dokładnie sprzed kilku lat, kiedy sama o tej porze składałam przysięgę.

Czuję, jak mimowolnie szeroko się uśmiecham w reakcji na rozlewające się po moim ciele ciepło i radość. Z ogromną siłą wzbiera we mnie szczęście, z jakim wiązał się tamten wyjątkowy dzień. I kiedy tak beztrosko oddaję się wspomnieniom, niedaleko mnie zatrzymuje się auto.

Dostrzegam ją, kiedy z gracją wysiada, delikatnie poprawiając włosy. W dłoni trzyma mały, elegancki, różowo-zielony bukiecik. Wygląda zjawiskowo, chciałoby się rzec, jak na pannę młodą przystało, jednak nie wszystkie mają w sobie aż tyle uroku i klasy. Oczywiście makijaż i fryzura robią swoje, o sukience nie wspominając. I kiedy tak ze wzruszeniem obserwuję jej drobną sylwetkę w zwiewnej , morelowej sukni i całym tym ślubnym anturażu, zauważa mnie i spogląda w moją stronę, a ja zamieram.

Spod wachlarza gęstych rzęs spoglądają na mnie oczy przepełnione smutkiem. Uśmiecha się blado i niepewnie, i obie już wiemy.

Dosyć długo czekamy pod USC. To oczekiwanie buduje napięcie, którego nie da się zignorować. Zapewne większość przypisuje zdenerwowanie samej chwili i głupim żartom ze strony pana młodego, podsuwającego narzeczonej myśl o wycofaniu się i ucieczce. Ona jednak nie reaguje na zaczepki nawet cieniem uśmiechu. Od czasu do czasu nerwowo spogląda w moją stronę, a ja staram się utrzymać wzrok pod ciężarem jej smutku.

Obie wiemy. Chciałaby się wycofać, ale tego nie zrobi. Nie ma tu mowy o miłości.

Ogarnia mnie przejmujący smutek i przygnębienie.

Czy w trakcie ceremonii padnie amerykańskie „…niech powie to teraz lub zamilknie na wieki”? A jeśli padnie? Co mam właściwie zrobić? Czy ona potrzebuje kogoś, kto powie STOP?

Czuje się jak wspólnik zbrodni.

Pytanie nie pada. Zapada za to niezręczna cisza po złożeniu przysięgi.

Już po wszystkim. Są mężem i żoną.

Tylko co z miłością? Czy już nastały te czasy, kiedy należy włożyć ją między bajki? Czy ustąpiła innym priorytetom i wartościom? Wygodnemu życiu, dobrom materialnym, osiągnięciu innych celów?

Czym jest małżeństwo? Czy wciąż na dobre i złe, czy może to tylko umowa pomiędzy dwojgiem ludzi, którzy dążą do uzyskania pewnych korzyści, osiągnięcia celu?

Nie wiem.

Wiem za to, że do dziś czuję się rozdarta.

About the author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *