Zbyszek

Kilka miesięcy temu skończył pięćdziesiątkę. Żona w wielkiej tajemnicy przygotowała małe, ale huczne przyjęcie z udziałem najbliższej rodziny i przyjaciół, którzy wiernie towarzyszyli mu w pierwszym półwieczu jego życia. 

Pół wieku. Jak to okropnie brzmi! Wzdrygnął się na samą myśl o tym, że przeżył już połowę, jeśli nie większość, tego, co mu pisane. Myślał o sobie raczej w kategoriach dojrzałego mężczyzny, przed którym otwierają się nowe możliwości niż podstarzałego, łysiejącego faceta, którego spotkało już wszystko, co najlepsze. A jak było naprawdę?  

Ilekroć pokonywał tę drogę, a działo się to kilka razy w miesiącu, zastanawiał się, jak wyglądałoby jego życie, gdyby nie tamten feralny dzień. Jego i mężczyzny, o którym nie potrafił zapomnieć. 

Na zewnątrz było wyjątkowo paskudnie. Deszcz zacinał to z lewej, to z prawej, niesiony zimnym, nieprzyjemnym wiatrem, bezlitośnie wciskającym mokre krople pod jego cienką kurtkę. Zbyszek rozejrzał się w obu kierunkach i błyskawicznie przeciął jezdnię, po drugiej stronie której znajdował się cel jego marszu. 

Żona nie miała pojęcia o jego wyprawach. Kiedy znikał, a czasami czuł, że musi zrobić to teraz, natychmiast i nie może czekać ani minuty dłużej, rzucał wszystko pod pretekstem zaczerpnięcia świeżego powietrza. A że od lat miewał poważne problemy z sercem, nikogo nie dziwiły nagłe spadki samopoczucia, a tym bardziej potrzeba wyjścia na zewnątrz. Wręcz przeciwnie – bliscy popierali jego aktywność, choć wydawała się być dosyć tajemnicza. 

Coś się jednak w tym wszystkim nie zgadzało. Wyjścia stawały się coraz częstsze, a ostatnio wcale nie poprawiały ani jego kondycji, ani samopoczucia. Zdarzało się, że po powrocie od razu zamykał się w maleńkim pokoiku, informując, że potrzebuje krótkiej drzemki, tymczasem godzinami leżał wgapiony w brunatną plamę wprost nad głową. Sam nie wiedział, czy upodobał ją sobie wyłącznie dlatego, że była jedynym punktem zaczepienia na śnieżnobiałym, niedawno odświeżonym suficie, czy może dlatego, że jej kształt jednoznacznie przypominał mu o tamtym dniu. 

Jedno jest pewne – zbyt wiele o tym myślał. Musi z tym skończyć, bo inaczej zwariuje. Żona staje się podejrzliwa i zadaje niewygodne pytania, a i on jest już zmęczony. W dodatku wszędzie widzi jego twarz, jakby tamten mścił się nieustannym prześladowaniem jego sumienia. 

Do pokonania zostało mu już tylko kilka alejek. Już prawie był na miejscu.  

Tak, to będzie ostatni raz. Musi się z tym uporać. Przecież to nie jego wina. Skąd mógł wiedzieć, że tamten mężczyzna to porządny gość, tyle że biedak? Każdy normalny człowiek, jak na przykład on właśnie, wziąłby tamtego za menela. To przecież nie tak, że jest obojętny na ludzką krzywdę…. ale, na litość boską, czy można pochylać się nad każdym budzącym wątpliwości…?  

Tyle mówi się o odurzających wynalazkach ostatnich lat. Alkohol powoli odchodzi do lamusa – teraz królują dopalacze, już nawet nie tradycyjne narkotyki! Mało to naoglądał się w wiadomościach, jak ludzie reagują na to świństwo? Do czego są zdolni? Jak agresywnie zachowują się po spożyciu? O nie, nie z nim te numery! W pierwszej kolejności należy dbać o własne bezpieczeństwo, ot co! Tak właśnie wtedy zrobił, zadbał o siebie.  

Tamten mężczyzna nie był jednak ani pijany, ani odurzony i Zbyszek dobrze o tym wiedział. Odkąd go zauważył, zdawał sobie sprawę, że to byłoby zbyt proste. Było w nim coś zupełnie zwyczajnego, co sprawiało, że równie dobrze to Zbyszek mógłby być na jego miejscu. Może wyprasowana koszula lub roztaczający się wokół niego zapach wody kolońskiej? Czuł, że nie jest zbłąkanym bezdomnym, a mimo to za oczywistą przyjął najwygodniejszą dla siebie wersję zdarzeń. 

Wczesnym popołudniem wracał od córki. Pogoda była wyjątkowo piękna, więc postanowił pokonać dystans kilku przecznic pieszo, a że szybko się męczył, w połowie drogi przysiadł na chwilę w pobliskim parku. Na ławce naprzeciwko niego siedział starszy mężczyzna w bardzo nienaturalnej pozycji. Właściwie wyglądał jakby spał. Głowa bezwładnie wisiała mu na piersi, a ręce leżały rozrzucone obok. Zupełnie, jakby ktoś je porzucił, jak gdyby nie należały do żadnego ciała, a stały się martwym, niepotrzebnym przedmiotem. 

Zbyszek przypatrywał mu się wnikliwie, szybko oceniając sytuację. Cóż, zapewne to zwykły menel, który przyszedł do parku obalić kilka flaszek. Usiadł na ławce i przysnął, a wtedy z dłoni wysunęła mu się reklamówka, z całą pewnością zapełniona butelkami i puszkami. A skoro tak, nie warto marnować czasu. Wytrzeźwieje, wstanie i pójdzie dalej. 

W głębi duszy Zbyszek czuł jednak dziwny niepokój, który nie pozwalał mu tak po prostu odejść. Siedział więc po drugiej stronie żwirowej alejki i nie spuszczał z tamtego oka.  

Kiedy o tym wszystkim rozmyślał, nawet nie zauważył, że dotarł już na miejsce. Całe szczęście! Będzie mógł na chwilę usiąść i złapać oddech. Rozejrzał się dookoła, by upewnić się, że w pobliżu nie ma nikogo znajomego, ostrożnie osunął się na rozchwianą, drewnianą ławkę i z zadumą spojrzał na kamienną tablicę, na której ku wiecznej pamięci wyryto imię, nazwisko i daty. 

Tamtego dnia wydarzyło się coś jeszcze. Alejką, pomiędzy ławkami, przejeżdżał rozpędzony rowerzysta, który przez nieuwagę zahaczył o bezwładną nogę nieznajomego. Tamten, w reakcji na nagłe szarpnięcie, gwałtownie zsunął się z ławki, uderzając o rant stojącej obok papierośnicy. Z rozciętej głowy polała się krew, tworząc na jasnym żwirku brunatną plamę o nieregularnym kształcie. Zbyszek poderwał się i uciekł, nerwowo rozglądając się za siebie. Wygrał strach. 

Tamten mężczyzna miał na imię Stanisław. Od wielu lat chorował na cukrzycę. Zasłabł, wracając do domu z zakupami. W torbie miał pieczywo i kwiaty dla żony – tyle dowiedział się dzięki znajomemu, który z kolei podpytał syna policjanta.  

A jednak. Choć od początku bardzo powątpiewał we własną wersję wydarzeń, ta wiadomość nim wstrząsnęła. Nie menel, a Staszek. Nie pijany, a chory. W reklamówce zakupy, takie zwyczajne, jakie i on czasami robi na osiedlu.  

Poszedł na pogrzeb. Uroczystość była niewielka i bardzo skromna. Żona, syn z rodziną, garstka dalszych krewnych oraz znajomych. Obrazem, który najbardziej zapadł mu w pamięci, była zapłakana twarz wdowy, na której wymalowane były ogromny ból i smutek. I jeszcze ta ogromna pustka w jej spojrzeniu! Nie potrafił znieść tego widoku. Uciekł. Po raz drugi. 

Sprawa śmierci Stanisława odbiła się echem w mediach. Cały kraj komentował ludzką znieczulicę, która dopuściła do odejścia tego biednego człowieka. Jak to możliwe, że nikt nie zauważył go w środku dnia? W centrum miasta? Nie udzielił pomocy?  

I choć, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, cały naród zapomniał o zmarłym Stanisławie w ciągu tygodnia, on co dnia przeżywał wszystko od nowa. 

Tak bardzo chciałby cofnąć czas! 

Raz jeszcze spojrzał na marmurową płytę nagrobka, westchnął i postanowił wracać. 

Obiecał zastępstwo koledze, który wyjątkowo potrzebował dnia wolnego. Ze względu na kłopoty z sercem, Zbyszek zrezygnował ze stałego zatrudnienia, za to chętnie podejmował się małych zleceń, które stanowiły przyjemne urozmaicenie w jego przewidywalnym życiu. Tym razem miał udać się do Urzędu Miasta i roznieść pisma mieszkańcom Śródmieścia. 

W urzędzie odebrał wypchaną torbę i rozpoczął pielgrzymkę po pobliskiej dzielnicy. Lubił to zajęcie. Dawało mu poczucie kontroli i czegoś jeszcze, czego bardzo brakowało mu od momentu rzucenia pracy. Może chciał czuć się potrzebny? Kiedyś wydawało mu się, że emerytura czy renta to stan idealny, kiedy można całe dnie robić nic i świetnie się bawić. Ten moment nadszedł dla niego jednak o wiele za wcześnie i podczas, gdy jego żona i znajomi, spędzali całe dnie w pracy, on zalegał przed telewizorem lub zasypiał nad krzyżówkami. 

Z entuzjazmem pomyślał, że może uda mu się znaleźć chociaż coś lekkiego na pół etatu. Może zatrudnią go właśnie w urzędzie? 

Stopniowo odnajdował kolejne adresy z urzędowych kopert, ale najczęściej nie udawało mu się zastać adresata, więc kończyło się wrzuceniem awizo do skrzynki.

W końcu dotarł do ostatniej kamienicy, w której miał dostarczyć tylko jeden list. Domofon był zepsuty, więc postanowił zapukać bezpośrednio do drzwi. Szybko tego pożałował – okazało się, że musi wdrapać się ostatnie piętro. 

Na pukanie odpowiedział mu tylko odgłos dziwnego poruszenia i przeraźliwe miauczenie. Kot zaczął dziko drapać w drzwi, jakby chciał wydostać się na zewnątrz. Zbyszek odruchowo nacisnął klamkę i drzwi ustąpiły. 

Uderzył go straszny fetor. Mieszkanie wyglądało na stare i zagracone. Rozejrzał się po przedpokoju i wtedy ją zauważył. Na podłodze, twarzą do parkietu, leżała starsza kobieta. 

Czyżby to był ten moment? Czy teraz będzie mógł naprawić tamtą krzywdę? Tym razem nie ucieknie! Rzucił się na kolana, jednocześnie szukają w kieszeni komórki.  

Trzeba wezwać pogotowie. Proszę pani?! Halo, proszę pani?! 

Nie odpowiedziała. Nawet nie drgnęła. Złapał za ramiona jej drobne ciało i obrócił ją na plecy. Kiedy spojrzał na jej twarz, poczuł ogromną słabość i wzbierające mdłości.  

To niemożliwe. Niemożliwe! Na twarzy wciąż miała wymalowany ten przeraźliwy smutek i ból. Nawet teraz nie potrafił spojrzeć jej w, martwe już, oczy, jak wtedy, kiedy ich spojrzenia skrzyżowały się dwa lata temu na cmentarzu… Kiedy opłakiwała śmierć męża… 

Zadzwonił na policję. A potem podszedł do otwartego okna w kuchni i zrobił to, o czym myślał już wiele razy… 

 

About the author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *